sobota, 16 maja 2015

Rozdział VII: Najjaśniejsza z gwiazd

Ten rozdział w całości jest poświęcony Syriuszowi Blackowi. Ana pojawia się tu jedynie we wspomnieniach.
***
Siedział skulony w ciemnej jaskini. Był zmarznięty, głodny i wyczerpany. Od czasu ucieczki zjadł tylko jakiegoś szczura. Nie był z tego zadowolony, bo to zwierzę chyba już zawsze będzie kojarzyć mu się z Peterem. Tym razem się nie zawaha i go zabije. Syriusz Black wiedział, że rok szkolny wkrótce się zacznie, a został mu jeszcze kawał drogi do Hogwartu. Musiał jednak odpocząć. Pójdzie dalej z samego rana.

Spojrzał na pierwszą stronę Proroka Codziennego, którego dał mu Knot. Serce zabiło mu mocniej. To był ON! Na ramieniu tego rudego chłopca... Tak, tyle razy widział jak się przemieniał...

"Państwo Weasleyowie, Artur i Molly z dziećmi: Billem, Charliem, Percym, Fredem i George'em, Ronaldem i Ginewrą. Najmłodszy syn Weasleyów za pozostałą część wygranej pana Weasleya w loterii, otrzymał nową różdżkę, ponieważ stara złamała się po zderzeniu z
Wierzbą Bijącą rok temu i do niczego już się nie nadawała. Ron od pierwszego września jedzie do Hogwartu na swój trzeci rok nauki." - Głosił napis pod zdjęciem. Tam gdzie Harry i Ana - pomyślał Syriusz. Poczuł ukłucie strachu. Ten zdrajca jest blisko nich... Nie mógł dłużej tu siedzieć... Musiał dopaść Glizdogona. I co najważniejsze, ochronić przed nim chrześniaka i córkę. Poza tym obiecał jej, że wróci. Minęło dwanaście lat. Czas spełnić obietnicę.

Syriusz sam do końca nie wiedział jak zdołał uciec z Azkabanu. To chyba myśl o Harrym i Anie pozwoliła mu zebrać siły na przemianę i przepłynąć Morze Północne, a potem wędrować jak najdalej od ludzkich siedzib. Tak było bezpieczniej. Mniejsze ryzyko, że ktoś go zobaczy. Tylko dwa razy złamał postanowienie trzymania się z dala od zamieszkanych miejsc.

Stał za krzakami w swojej psiej formie. Był na Magnolia Crescent. Niedaleko stąd znajdowała się ulica Privet Drive. Jeśli dobrze pamiętał, to tam mieszkali Dursleyowie. A to oznaczało, że Harry też. Syriusz czuł ogromną ochotę, żeby choć przez moment zobaczyć chłopca. Ciekawe czy dalej był tak podobny do swojego ojca, jak wtedy, gdy widział go ostatni raz. Pamiętał czarnowłosego berbecia patrzącego na świat zielonymi oczami. Mimo że był psem, poczuł łzy napływające mu do oczu. Przez dwanaście lat nie było dnia, w którym by nie tęsknił za Jamesem, Lily, Ally, Harrym i Aną. Zamknął oczy, żeby powstrzymać napływ wspomnień, które teraz sprawiały jedynie ból. Gdy je otworzył serce zabiło mu mocniej. Trzynastoletni James siedział na krawężniku naprzeciwko. Otrząśnij się - upomniał sam siebie Syriusz. To nie Rogacz. On już nie wróci. To był jego syn... Harry... Podszedł bliżej chcąc lepiej przyjrzeć się swojemu chrześniakowi. Z uśmiechem rozpoznawał kolejne szczegóły odziedziczone po Jamesie. Czarne włosy sterczące we wszystkie strony, usta, nos, uszy, ręce, a nawet takie same okulary, tylko połamane. Jedynie oczy miał po matce. Syriusza zaniepokoił fakt, że chłopiec był zbyt chudy jak na swój wiek. Czy Dursleyowie go głodzą? Gdy Hagrid zabierał go z Doliny Godryka, Black wiedział, że Harry nie będzie miał łatwego życia z wujostwem. Pamiętał przecież jak Petunia nienawidziła swojej siostry. A Vernon? Największy mugol jakiego widział świat. Nie żeby miał coś przeciwko mugolom, ale Dursley nie zaskarbił sobie jego sympatii. Jeśli dobrze pamiętał, mieli syna w wieku Harry'ego. Miał jakieś niepospolite imię, ale nie pamiętał jakie. Mało go to jednak obchodziło. Mógł się założyć, że był rozpieszczonym dzieciakiem. A Harry? Czemu on siedzi tutaj, w chłodny wieczór, zamiast w domu wujostwa? Może Dursleyowie mu coś zrobili? Znęcali się nad nim przez dwanaście lat? Nie. Dumbledore nie pozwoliłby im krzywdzić Harry'ego. Mógł przymykać oko na niezbyt dobre traktowanie, ale nie zignorowałby używania przemocy wobec chłopca. Syriusz nie mogąc się powstrzymać wyszedł zza krzaków. Harry nie był bezpieczny na tej ulicy. Wyszczerzył groźnie zęby i zaszczekał. Harry odruchowo wyjął różdżkę, a w następnej sekundzie pojawił się wściekle fioletowy autobus, Błędny Rycerz. Syriusz korzystając z tego czmychnął z powrotem w krzaki. Poczuł wyrzuty sumienia. Chłopiec chyba się go wystraszył, a to nie było przecież jego celem.

Syriusz musiał przyznać, że pierwsze spotkanie z Harrym nie przebiegło najlepiej. Ale czego on właściwie się spodziewał? Każdy wystraszyłby się wielkiego, wychudłego, czarnego psa przypominającego ponuraka. Oprócz Any. Ona chciała go przygarnąć. Syriusz do teraz nie wiedział czy powinien być dumny, że chciała pomóc, czy może zły, ponieważ chciała wziąć "obcego" psa? Gdyby wiedziała z kim naprawdę miała do czynienia...

Stał przed ich domem w postaci psa. Patrzył prosto w okno pokoju Any. W każdym razie tak myślał. Pamiętał, że to tam spała, gdy była niemowlęciem. Syriusza kusiło, by wejść na posiadłość Tonksów. Mógłby łatwo przeskoczyć płot. Tak bardzo pragnął choć przez moment zobaczyć swoją córkę. Nagle zobaczył jakiś ruch w oknie, to była ona. Nie widział jej wyraźnie, ale nawet z tej odległości zauważył podobieństwo do Ally. Całkowicie zapominając, że jest psem, chciał ją zawołać. Szczeknięcie musiało przestraszyć dziewczynkę, bo szybko zniknęła z widoku. Syriusz stał tam jeszcze przez chwilę, ciągle patrząc w okno, po czym postanowił wyruszyć dalej.

Stał na rozwidleniu ścieżki. Nie było tu żadnych domostw, tylko same drzewa. Nie widać było stąd domu Tonksów, choć był niedaleko. Syriusz zdawał sobie sprawę, że nie powinien w ogóle się tu znaleźć. Nie było to bezpieczne ani dla niego, ani dla Any. Na pewno będą go szukać w tej okolicy. Rozum kazał mu iść dalej do celu, jednak serce nie pozwalało nawet się odwrócić. Łapa podniósł głowę i poczuł, że serce zaczęło bić mu mocniej. W jego stronę szła Ana. Była bardzo podobna do matki. Te same ciemnoblond włosy, twarz, usta, nos... Tylko szare oczy, takie jak jego, sprawiły że nie wziął jej za trzynastoletnią Ally. Widać było, że dziewczynka szła zamyślona. Zauważając go, nagle stanęła. Przez jej twarz przemknął cień strachu, a Syriusz był pewien, że właśnie zacisnęła rękę na różdżce schowanej w rękawie. Nie bój się, nie masz powodu do strachu - pomyślał, patrząc prosto na nią. Zdawał sobie sprawę, że nawet jeśliby zapewnił ją o tym na głos, co oznaczałoby zmianę w człowieka, tylko jeszcze bardziej by ją wystraszył. W swojej prawdziwej wersji wcale nie wyglądał lepiej, a jego psia postać nawet przed Azkabanem budziła grozę. W końcu przypominał ponuraka. Teraz jeszcze bardziej niż kiedyś. 

- Piesku, jesteś głodny? - zapytała nagle Ana, robiąc ostrożnie krok do przodu.

To było ostatnie, czego Syriusz się spodziewał. Przechylił łeb w bok, jak prawdziwy pies wyrażający zdziwienie. Tak szybko przestała się go bać? Zadała takie zwyczajnie pytanie, ludzkie... Nie pamiętał kiedy ktoś ostatnio był dla niego miły. Nie wiedział czy powinien być dumny, że jego córka zainteresowała się "bezdomnym psem", czy raczej zmartwiony tym faktem, iż każdy inny uznałby to za nierozsądne. No i Any w ogóle nie powinno tu być! I to o takiej porze! Gdyby wiedziała przed kim teraz stoi... Nie, nie możesz się przemienić. - Syriusz odciągnął od siebie chęć powrotu do prawdziwej postaci.

- Chodź, piesiu... wezmę cię do domu, dam ci jeść - powiedziała Ana, ostrożnie podchodząc do niego z wyciągniętą ręką. Drugą dalej zaciskała na różdżce.

Chce go przygarnąć?! A może to nie jest zły pomysł... Byłby bezpieczny... Andromeda i Ted nie wiedzą, że jest animagiem... A jakby udałoby mu się dostać do Hogwartu razem z córką... Zaoszczędziłby sporo czasu i sił. Ale czy jego kuzynka i jej mąż pozwolą dziewczynce zatrzymać przybłędę? Ana położyła rękę na jego łbie. Poczuł przyjemnie ciepło rozchodzące się po całym ciele, gdy go pogłaskała i pogładziła po wychudłym kręgosłupie. Może mógłby się ujawnić jej, kiedy znajdą się w domu Tonksów? Tylko wtedy, gdy ich nie będzie. Nadejdzie czas, by Dromeda i Ted poznali prawdę, ale jeszcze nie teraz. Na pewno wezwaliby aurorów, zanim zdążyłby cokolwiek im wyjaśnić. Ana kucnęła przed nim, nadal głaszcząc go po chudym grzbiecie.

- To co? Idziesz ze mną, piesku? - zapytała.

Syriusz był gotów zaszczekać na zgodę, lecz coś go zaniepokoiło. Nagle wyprostował głowę i zaczął węszyć w powietrzu, jednocześnie nadstawił uszu. Zrobiło się zimniej... i ciemniej... Dementorzy... byli zbyt daleko, żeby Ana mogła usłyszeć świst ich oddechów, ale on słyszał to doskonale. Sam nie wiedział czy to przez psi słuch, czy dlatego że spędził w ich towarzystwie dwanaście lat. Dlaczego musieli pojawić się akurat teraz?! Musiał chronić córkę. Nie powinna w ogóle wychodzić z domu... Zesztywniał i najeżył się, zaczął warczeć na dziewczynkę. Nie chciał tego robić, ale nie miał wyjścia. Ana cofnęła się przestraszona. Syriusz zauważył, że wysunęła końcówkę różdżki.

- Chciałam ci tylko pomóc - powiedziała z lekką pretensją w głosie.

Syriusz poczuł wyrzuty sumienia, nie chciał jej wystraszyć. Dementorzy jednak byli coraz bliżej... Nadal groźnie szczerzył kły i zaczął szczekać. W psim języku oznaczało to "uciekaj!", ale ona nie mogła o tym wiedzieć. Zaczął iść w jej kierunku. Od razu zaczęła uciekać, co było jego celem. Wciąż szczekając przyśpieszył do biegu, więc i Ana musiała zacząć biec. Biegł ile sił w wychudłym ciele. Zrobiło się jeszcze zimniej. Nie mógł się zatrzymać, dopóki nie upewni się, że jego córka jest bezpieczna. W końcu zobaczył dom Tonksów. Ana dopadła do furtki, szybko wbiegła na posiadłość i ją zamknęła. Syriusz zatrzymał się przed płotem, czując ulgę. Udało mu się zagonić ją do bezpiecznego domu, zanim dopadliby ich dementorzy. Ana odwróciła się, jakby znów chciała do niego podejść, lecz on ponownie zaszczekał. W pełni bezpieczna będzie dopiero wtedy, gdy znajdzie się w budynku. Odczekał aż zniknęła za drzwiami i dopiero wtedy odetchnął z ulgą. Ale teraz on sam musiał uciekać. W duchu przysiągł sobie, że już więcej nie będzie zbliżał się do ludzkich siedzib.


Syriusz był wściekły na samego siebie. Co go podkusiło, żeby znaleźć się w pobliżu Tonksów? To było oczywiste, że dementorzy będą go tam szukać. Teraz zdawał sobie sprawę, że pozwolenie na przygarnięcie się byłoby głupstwem. Tylko ściągnąłby na Anę kłopoty. Ale... gdyby nie natknęła się na niego... padłaby ofiarą dementorów. Co ona w ogóle robiła poza domem? Andromeda i Ted nie powinni pozwalać jej wychodzić samej i to o późnej porze. Syriusz pomyślał, że może źle zajmowali się jego córką, ale natychmiast odrzucił tą myśl. Tyle razy zostawiał Anę pod ich opieką, gdy była mała. Powierzył im wychowanie jej. Na całym świecie nie było osób, którym ufałby bardziej. Poza Jamesem, Lily i Ally, ale oni już nie żyli... I Remusem i Dumbledore'em... i Peterem, dopóki nie zdradził... Lunatyk... Jeśli Łapa dobrze usłyszał, jego stary przyjaciel w tym roku będzie uczył obrony przed czarną magią. Uśmiechnął się na tę myśl. Na pewno będzie dobrym nauczycielem. Jako jedyny z Huncwotów nie stronił od nauki. Pamiętał te czasy, kiedy z Rogaczem robił psikusy, podczas gdy Lupin uczył się, choć i on często brał udział w żartach. Gdyby nie Remus przyjaciele pewnie oblaliby wiele testów i egzaminów. Syriusz wyszczerzył zęby na wspomnienie tych pięknych lat. Najszczęśliwszego okresu jego życia, który już nie wróci. Zacisnął powieki, żeby nie uronić łzy. Miało to jeszcze jeden plus. Łapa wiedział, że Remus nie pozwoli skrzywdzić Harry'ego i Any. Z jego ust wydobyło się ciche westchnięcie. Jak on mógł być tak głupi, żeby posądzić Lupina o zdradę? A teraz on, jak wszyscy, myśli że zdradził Potterów i uciekł, żeby zabić Harry'ego. I te samotne pełnie... przez tyle lat... Biedny Remus zasłużył na prawdę. Tak, nadejdzie dzień, w którym on, Harry i Ana dowiedzą się przez kogo zginęli Potterowie. Nie oczekiwał, że to stanie się szybko. Wiedział, że jego życie przez pewien czas nie będzie łatwe, a Peter był sprytny. Najważniejsi byli jednak jego chrześniak i córka. Zabicie Glizdogona stało się mniej istotne niż kiedyś. Właściwie nie czuł już takiej potrzeby zemsty jak wtedy, gdy wrobił go w swoje czyny. Pettigrew i tak nie ucieknie przed sprawiedliwością. Syriusz dostrzegł coś szarego przebiegającego mu pod nogami. Bez zastanowienia zmienił się w psa i szybko chwycił zwierzątko w pysk. Szczurek przez chwilę próbował się uwolnić z uścisku kłów, po czym wyzionął ducha. Black przemienił się z powrotem i z żalem stwierdził, że nie było tu niczego, co by pozwoliło mu upiec zdobycz. Może wtedy jego mięso nie byłoby takie złe? Brakowało mu różdżki. Pamiętał jak Crouch połamał, a właściwie ją zdeptał na oczach wszystkich w sali, w której zapadł wyrok. Wtedy go to nie obchodziło. Nic już go nie obchodziło. Bo czymże był kawałek hebanowego drewna w porównaniu z utratą ukochanych osób? A teraz bardzo przydaby mu się różdżka. Oczywiście mógłby łatwo ukraść ją innemu czarodziejowi, tak że ten by tego nie zauważył. Wiedział jednak, że każdy od razu domyśli się kto ukradł magiczny przedmiot. Syriusz zdarł skórę ze szczura i krzywiąc się zaczął jeść jego surowe mięso. Jak zwykle było ohydne. Westchnął tęsknie za normalnym jedzeniem, którego nie miał w ustach od lat. Pomyślał, że może uda mu się zwędzić żarcie w Hogsmeade. Pokrzepiony tą myślą wyrzucił ogryzione kości i podkulił kolana pod brodę. Opatulił się cienką, postrzępioną szatą więzienną, chcąc choć trochę się ogrzać, lecz było to niemożliwe. Nastała północ, gdy w końcu udało mu się zasnąć, mimo że cały drżał z zimna. Obudził się skoro świt okropnie niewyspany, jak zwykle. Nie pamiętał już kiedy ostatnio dobrze sypiał. Podniósł się z ziemi masując obolały kark i ramię. Znów musiał zadowolić się zjedzeniem szczura. Nawet żarcie przygotowywane przez Stworka było lepsze - pomyślał ze smutkiem Syriusz. Zignorował burczenie w brzuchu, co nie było trudne, gdyż nie jadł porządnie od około trzynastu lat. Odkąd okazało się, że Potterowie muszą się ukryć. Teraz miał ważniejsze zadanie niż napełnienie pustego żołądka. Przemienił się w psa i wyszedł z jaskini. Czas ruszyć w dalszą drogę. Właśnie zaczęło kropić, ale Łapa nie miał zamiaru wrócić do jaskini i przeczekać aż przestanie. Zostało mu mało czasu, a to w końcu był tylko mały deszczyk. Na pewno szybko przejdzie. Szedł jak najdalej od ludzkich siedzib, głównie lasami. Co jakiś czas przebiegało obok niego jakieś zwierzątko albo spadał liść, ale on na to nie zwracał uwagi. Jego myśli były skupione gdzie indziej. Myślał o Anie i o tym czy uda mu się nadrobić stracony czas. Marzył żeby ona i Harry zamieszkali z nim, gdy zostanie oczyszczony z zarzutów, ale był świadom, że mogą się nie zgodzić. I wcale nie miałby im tego za złe. Nie oczekiwał nawet, że Ana będzie nazywać go tatą. Chciał tylko móc być blisko.

Przez okno do sali wpadały promienie słoneczne, tworząc smugi światła na białych ścianach i wypolerowanej posadzce. Był pierwszy sierpnia, najszczęśliwszy dzień w życiu Syriusza Blacka, zaraz po ślubie z Ally Dumbledore. Nie wiedział czy jeszcze kiedyś zazna takiego szczęścia. Trwała wojna, nikt nie mógł być pewien jutra. Teraz to jednak się nie liczyło. Trzymał w ramionach swoją nowo narodzoną córeczkę owiniętą w kolorowy kocyk. Czuł dumę, bo w żyłach tej małej istotki płynęła jego krew. Miała kępkę ciemnoblond włosów, a na jej twarzyczce tkwił delikatny uśmiech. Spała spokojnie, nieświadoma w jakich czasach przyszło jej żyć. Syriusz przysiągł sobie, że da jej szczęśliwy dom, rodzinę, miłość i beztroskie dzieciństwo tak długo, jak będzie to możliwe. Spojrzał na swoją żonę, która zasnęła zmęczona porodem. Na policzkach Ally widniały wypieki, klatka piersiowa opadała i unosiła się rytmicznie, a włosy w kolorze ciemnego blondu leżały rozsypane na poduszce. Mimo niedawnego wysiłku jej usta układały się w pogodny uśmiech. Syriusz czuł, że te dwie istoty kochał najbardziej na świecie. Zaraz obok Jamesa, Lily, Remusa i Petera oraz małego Harry'ego, który urodził się wczoraj. Był gotów za nich umrzeć, lecz teraz chciał żyć wiecznie. Móc patrzeć jak jego córka dorasta, idzie do Hogwartu, poznaje przyjaciół, pierwszego chłopaka, aż wreszcie staje się piękną kobietą i uzdolnioną czarownicą, tak jak jej mama. Pragnął poprowadzić ją kiedyś do ślubu. Bawić się z wnukami jako staruszek w świecie, w którym wojna byłaby już tylko przykrym wspomnieniem. Wtedy będzie mógł spokojnie umrzeć. Nie wiedział, że los okrutnie sobie z niego zakpi.

- Ana Ally Black - szepnął, rozkoszując się tymi słowami.


Syriusz zaskomlał cicho. Gdyby był teraz człowiekiem, po jego policzkach z całą pewnością popłynęłyby łzy. W dzieciństwie miał tylko jedno pragnienie. Posiadać prawdziwą rodzinę. Jego rodzice nigdy nie traktowali go jak syna. Bardziej jakby był niepotrzebnym dodatkiem w domu, którego jednak nie wypadało wyrzucić. Regulus wcale nie był lepszy. Co prawda zanim pierwszy raz pojechał do Hogwartu, przed poznaniem Jamesa Pottera, jego relacje z młodszym bratem były całkiem dobre. Pamiętał jak bawili się razem jako mali chłopcy. Nigdy nie istniała jednak między nimi braterska miłość. Byli raczej jak dobrzy koledzy, może i przyjaciele. Syriusz Black miał tylko jednego brata. Tak, z Rogaczem łączyła go silna, wręcz niewytłumaczalna więź, która nigdy nie zrodziła się pomiędzy rodzonym rodzeństwem. A potem, w wakacje przed szóstym rokiem w Hogwarcie, Łapa uciekł z domu i zamieszkał u Potterów. Uśmiechnął się w duchu na wspomnienie rodziców Jamesa. Zawsze go lubili, traktowali jak syna. Tak, to właśnie oni pokazali mu co znaczy mieć prawdziwą rodzinę. Szkoda że biedakom się zmarło, zanim urodził się ich wnuk. A może to i lepiej? Przynajmniej nie dożyli śmierci jedynego dziecka. Chociaż Syriusz był wdzięczny Potterom, nie mógł zapomnieć, że byli właściwie obcymi ludźmi, rodzicami jego najlepszego przyjaciela. Wiele razy czuł wstyd, że nadużywa ich gościnności, ale matka Jamesa zawsze powtarzała, że to żaden kłopot i może zostać jak długo zechce. Po ukończeniu Hogwartu postanowił wyprowadzić się do domu wuja Alpharda, który zapisał mu w spadku wraz z całym majątkiem. Przysiągł sobie, że jeszcze będzie miał normalną rodzinę. Nie taką w stylu mąż, żona i dziecko. Wtedy nie wyobrażał sobie siebie w małżeństwie. I chyba każdy kto go znał wiedział, że wolał życie na kocią łapę. A teraz był wdzięczny Lily, że zmusiła go do tego, żeby oświadczył się Ally, gdy okazało się, że jest w ciąży. Gdyby nie to, nie miałby dziś niczego, co pozwoliłoby mu o niej pamiętać, gdy siedział w Azkabanie. Znaku, że kiedyś była jego, choć niestety krótko. Tak, Syriusz nadal nosił ślubną obrączkę, mimo że od śmierci jego żony minęło dwanaście lat. Nie potrafił jej zdjąć. Pamiętał jak błagał Croucha, żeby pozwolił mu ją zatrzymać. Po raz pierwszy kogoś błagał. Ówczesny szef Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów był zdziwiony tą prośbą, ale zgodził się. Nagle Syriusz usłyszał w oddali odgłos jadącego pociągu. Akurat szedł łąkami, więc gdy podszedł bliżej torów wyraźnie zobaczył czerwony Hogwart Express. Tam są Ana i Harry - pomyślał. - I Peter - dodał z nienawiścią. Pewnie śpi sobie teraz na kolanach niczego nieświadomego Rona Weasleya. W ciepłym, przytulnym przedziale, a on musi iść w tym deszczu, który wbrew jego przypuszczeniom nie minął, lecz przybrał na sile. Wyglądało na to, że ulewa rozszalała się na dobre. To wszystko przez Glizdogona... Gdyby nie on, siedziałby teraz w domu, grzejąc się przy kominku i wyczekując na listy córki i chrześniaka z Hogwartu, a wcześniej odprowadziłby ich na pociąg. Syriusz zawarczał groźnie. Chciał nawet rzucić się na sunący po torach pojazd, żeby już teraz dorwać szczura, który zdradził ludzi mających go za przyjaciela i wrobił w to jego. Jednak powstrzymał tą chęć. Peter nie był taki głupi, żeby przemienić się przy ludziach. Był na to zbyt wielkim tchórzem. Dopóki Harry i Ana nie są z nim sami, nic im nie grozi. Poza tym Glizdogon z pewnością dobrze wiedział, że on, Syriusz Black, nie był jedyną osobą, która pragnęła się na nim zemścić. Gdyby śmierciożercy dowiedzieli się, że ten, który doprowadził ich pana do domu, w którym spotkała go klęska, żyje... Ale nie, nie będzie czekał aż słudzy Voldemorta zabiją Pettigrew. Sam to uczyni, tak jak miał to zrobić dwanaście lat temu. Teraz nie okaże litości, żadnej chwili zawahania. Nie dla człowieka, który zamienił jego życie w piekło. Pociąg zniknął mu z oczu. Ulewa była tak mocna, jakby ktoś w niebie odwrócił wielki kubeł wody. Syriusz ledwie widział na oczy, mokra sierść lepiła mu się do wychudłego ciała, ale nie mógł się poddać. Musiał dotrzeć do Hogwartu jeszcze dzisiaj. Robiło się coraz ciemniej i zimniej... Dementorzy - pomyślał Syriusz. Zadrżał lekko, ale wcale nie z zimna. Te kreatury napawały go strachem, a mało było rzeczy, których się bał. Bardziej jednak zastanawiał się co oni tu robili. Nie było tu żadnych zabudowań, tylko jakieś mokradła. Przecież nie mogli go wyczuć. Syriusz pomyślał o Hogwart Express... Nie, nie byliby tak głupi, żeby szukać go w pociągu pełnym dzieciaków. Odetchnął z ulgą, lecz było to równocześnie westchnięcie. Ile by dał, by znów móc w nim siedzieć. Marzył o tym, żeby znowu przekroczyć próg Hogwartu, jego pierwszego prawdziwego domu, jako wolny człowiek. Dzięki temu, że skupił swoje myśli na niewinności, nadal pamiętał najszczęśliwszy okres swojego życia. Chwile spędzone z Jamesem, Remusem, Peterem, Lily, Ally, Harrym i Aną... Z dwoma ostatnimi było ich zdecydowanie za mało.

Syriusz aportował się w domu Tonksów. Tym razem na szczęście obyło się bez ofiar ze strony Zakonu Feniksa, chociaż zanim deportował się z pola bitwy, zauważył kilka poważnie rannych i nieprzytomnych osób.

- Nie powiem, że wygraliśmy, bo byłoby to za dużo powiedziane, ale śmierciożercy nie zdobyli ministerstwa. Ally została, żeby pomóc opatrywać rannych - powiedział Łapa, gdy przyszła Andromeda zwabiona trzaskiem teleportacji.
- Ech, Syriuszu, znowu biłeś się z dwoma naraz? - zapytała, widząc szramy na jego twarzy. - Powinieneś przystopować, naprawdę. - Pokręciła z dezaprobatą głową.
- Dromedo, nie mogę siedzieć spokojnie, gdy inni nadstawiają karku - odparł Syriusz. - I tym razem nie zaatakowałem dwóch jednocześnie. Ten drugi sam się przyłączył, z zaskoczenia - dodał, widząc ostre spojrzenie kuzynki.
- Wiem, że i tak dalej będziesz robił swoje, ale pamiętaj, że masz dla kogo żyć - powiedziała Andromeda, patrząc mu prosto w oczy. - Nie ruszaj się, usunę ci te rany na twarzy. - Wyjęła różdżkę i mrucząc jakieś formułki machała nią w stronę Syriusza. Poczuł pieczenie na policzkach, ale po chwili ból po zadrapaniach ustąpił.
- Dzięki - powiedział, dotykając palcami swojej twarzy. - Zawsze byłaś w tym dobra.
- Zasługa Nimfadory. Jakbym się tego nie nauczyła, to co tydzień musiałabym latać z nią do Munga. Chodź do salonu, Ted bawi się z dziewczynkami.

Wchodząc do pomieszczenia Syriusz omal nie potknął się o zabawkę Dory. Zachwiał się, ale udało mu się utrzymać równowagę. I wtedy to zobaczył. Ana, mająca prawie roczek, kroczyła trzymając się rączkami mebli. Od razu zapomniał o tym, że jeszcze przed chwilą brał udział w bitwie ze śmierciożercami. Na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech, a w oczach zaszkliły się łzy szczęścia.

- Jej pierwsze kroki - powiedział z dumą Syriusz.

Andromeda i Ted wymienili się smutnymi spojrzeniami, lecz on tego nie zauważył, ponieważ właśnie pochylił się ku córce.

- Chodź do taty, mała księżniczko. - Syriusz wziął dziewczynkę na ręce. Ana od razu skierowała rączki ku jego czarnym włosom, długim do ramion. Lubiła się nimi bawić.
- To nie były jej pierwsze kroki - odezwał się Ted z nutką współczucia w głosie.
- J-jak to nie? - zapytał Black. Cała jego radość i duma uleciała niczym powietrze z przebitego balonu.
- Pierwszy raz zaczęła chodzić z jakiś tydzień temu i powtarzała to co jakiś czas, ale zawsze wtedy, gdy cię nie było. Masz szczęście, że tym razem trafiłeś - odpowiedziała Andromeda, klepiąc go pocieszająco po ramieniu.

Syriusz milczał. W ostatnim tygodniu wiele się działo, ciągle jakieś pojedynki ze śmierciożercami. Jak mógł przegapić pierwsze kroki swojej córki?

***
Sierpniowy wieczór był wyjątkowo ciepły jak na pogodę w Anglii. W niewielkim saloniku w domu Syriusza i Ally Blacków, roczna dziewczynka śmigała na dziecięcej miotełce, nie bardzo zwracając uwagę na przeszkody. W efekcie dwa razy potrąciła małego szczeniaczka owczarka niemieckiego, który za wszelką cenę chciał złapać zabawkę. Mama Any wcześniej przezornie pochowała wszelkie delikatne rzeczy, co i tak nie uchroniło starej wazy przed stłuczeniem.

- Sprawiłeś małej frajdę, ale jak tak dalej pójdzie to zdemoluje dom i zabije Snufflesa - zażartowała Ally. Z uśmiechem na ustach obserwowała jak jej mąż goni Anę przy akompaniamencie jej radosnego chichotu i szczekania pieska, które z racji tego, że miał dopiero trzy miesiące, było piskliwe.
- Myślisz że kiedyś będzie tak dobra w quidditcha jak tatuś? - zapytał Syriusz, przystając na chwilę, żeby złapać oddech.
- Będzie jeszcze lepsza - odpowiedziała mu żona i pocałowała go czule w policzek. - Późno już, Ana powinna spać.
- Dziś ja ją położę do łóżka - zadeklarował Łapa. - Czas do spania, mała księżniczko. - Chwycił za trzonek miotełki, żeby zatrzymać jej lot, a następnie podniósł z niej Anę.
- Ale najpierw muszę ją wykąpać i ubrać w śpioszki - odparła Ally, biorąc od niego dziewczynkę. - W międzyczasie możesz schować miotełkę.

Kilkanaście minut później Syriusz z Aną na rękach wszedł do dziecięcego pokoju, a za nim jak cień dreptał Snuffles. Ściany były w kolorze nieba, na którym pełno było miniaturowych mioteł wyścigowych. Na suficie zaś namalowany był wielki kafel pędzący ku trzem jeszcze większym pętlom. Podłoga wyłożona była miękkim, puszystym, jasnoczerwonym dywenem. Pod ścianą stała niewielka szafa. Łapa chciał zaszczepić w córce miłość do quidditcha. I chyba mu się to udało. Położył Anę do łóżeczka stojącego na środku. Dziewczynka wstała chwytając się drewnianych barierek i spojrzała wyczekująco na swojego tatę.

- Nie umiem śpiewać kołysanek tak jak mama, ale spróbu... - zaczął Syriusz, kucając przed małą, ale nagle przerwał, gdy otworzyła małe usteczka, najwyraźniej próbując coś powiedzieć.
- Ally! Chodź tu szybko, musisz to usłyszeć! - podekscytowany Łapa zawołał żonę.
- Co się stało? - zapytała kobieta, która po chwili weszła do pokoju.
- Zaraz powie pierwsze słowo - odpowiedział Syriusz z szerokim uśmiechem na twarzy.
- Da... da... - mówiła dziewczynka, nie odrywając od niego oczu.
- No dalej, Ana, powiedz ma-ma - powiedziała zachęcająco Ally.
- Daaa... daa... da-da... - ciągnęła dalej mała, a Łapa czuł, że serce zaraz mu wyskoczy z piersi i zacznie radośnie skakać po całym pokoju. Sylaby które powtarzała ich córka z całą pewnością nie zwiastowały tego, że jej pierwszym słowem będzie tradycyjne "mama". - Tata - powiedziała w końcu Ana.

Syriusz nie był w stanie się odezwać, bo ze szczęścia głos ugrzązł mu w gardle. Z oczu popłynęły mu łzy szczęścia.

- Chyba powinnam zacząć być zazdrosna - powiedziała Ally, udając obrażoną, ale efekt zepsuła radość w jej głosie i niebieskich oczach.

***
Syriusz zupełnie nie przejmując się tym, że ktoś mógłby go zobaczyć, przemienił się w człowieka. Zresztą i tak nie spodziewał się zastać żywej duszy w promieniu kilometra. Znajdował się w ciemnym, gęstym lesie. Klęczał czując mokre liście pod dłońmi. Nie od razu zorientował się, że po policzkach spływały mu łzy, ginące w deszczu, który wciąż nie zamierzał przestać padać. Dla kogoś oglądającego go z boku musiałby wyglądać żałośnie. Brudny, mokry, przywodzący na myśl żywego trupa, klęczał w błocie i płakał, wydając z siebie dźwięk przypominający wycie psa. Nie zwracał uwagi na ulewę, na zimno. Nie robiło to na nim żadnego wrażenia. W Azkabanie było jeszcze zimniej... Przepłynął przez morze Północne. Silny deszcz to przy tym pikuś. Syriusz prawdopodobnie nie zwróciłby teraz uwagi nawet wtedy, gdyby pojawił się jakiś przedstawiciel ministerstwa magii albo dementor. Jego serce krwawiło z rozpaczy, tęsknoty i nienawiści... Nienawiści do Petera Pettigrew... Żałował, że nie zrezygnował z działalności w tym całym Zakonie Feniksa, gdy Ally zaszła w ciążę. No bo czy kiedykolwiek wynikło z tego coś dobrego? Tylko ból, cierpienie i strach. Nadzieja? Ta była złudna, matką głupich. Gdyby dostał jeszcze jedną szansę, zrezygnowałby nie tylko z udziału w misjach, ale i w walkach. Dlaczego tego nie zrobił? Czy rzeczywiście to, że nie potrafiłby siedzieć bezczynnie, gdy inni nadstawiają karku, było ważniejsze niż spędzenie jak najwięcej czasu ze swoją rodziną? Czasu, którego być może niewiele zostało? Tak, pierwszy raz żałował, że był taki porywczy. Gdy zostawiał Anę u Andromedy i Teda, obiecał że wróci. Ale jaką miał pewność? Przecież szedł zabić Glizdogona ze świadomością, że sam może zginąć. Nie z jego ręki, bo był na to zbyt wielkim tchórzem i słabeuszem, ale inni śmierciożercy... Tego co zrobił Peter kompletnie się nie spodziewał. Ale może to i lepiej? Udało mu się przeżyć w Azkabanie. Mógł dotrzymać obietnicy. I dokończyć to, co zaczął dwanaście lat temu. Syriusz poczuł pokrzepiające ciepło w sercu. Wciąż tlił się w nim płomyk nadziei. I miłość, która wciąż była silniejsza nawet od nienawiści do Glizdogona. To ona dodawała mu sił, fakt że nadal potrafił kochać. Myśl o Harrym, Anie, Ally, Jamesie, Lily i Remusie, choć wiedział że Potterowie i jego ukochana już nie wrócą. Tak, to to było tym, co dodawało mu sił i pozwalało przetrwać w Azkabanie, poza myślą, a właściwie obsesją na punkcie jego niewinności. Syriusz Black właśnie zrozumiał co miał na myśli Dumbledore, mówiąc że to miłość jest najpotężniejszą bronią przeciw Voldemortowi. I co sprawiło, że Harry przeżył mordercze zaklęcie mając zaledwie rok i trzy miesiące... Pomyślał o Snufflesie, którego on i Ally przygarnęli ze schroniska. Jedyne ocalałe szczenię z miotu. Co się z nim stało? Czy znalazł nową rodzinę czy z powrotem trafił tam, gdzie się urodził? Właściwie to możliwe, że jeszcze żyje... Syriusz poczuł jak żal ściska mu serce, gdy wyobraził sobie starego owczarka niemieckiego leżącego w kojcu schroniska ze smutną miną. Psy miały dobrą pamięć, Łapa wiedział to po sobie... Snuffles mógł pamiętać rodzinę, którą nagle stracił. Black poczuł wstyd, że tamtego dnia nie pomyślał o ich szczeniaku. A nie był to jedyny zwierzak, który wtedy stracił właścicieli. Frisky... kot Potterów. Możliwe, że też został zabity, ale mógł też uciec... Snuffles też, gdy do domu wuja Alpharda wpadli aurorzy w celu przeszukania. Ale kot to kot, poradzi sobie sam. Pies, nawet dorosły, już niekoniecznie. A ich miał dopiero pięć miesięcy, gdy widział go ostatni raz. Był już duży, ale nadal szczeniakiem. Łapa westchnął, już nie pomoże ani Snufflesowi, ani Frisky'emu. Z powrotem zmienił się w psa i wyruszył dalej, do Hogwartu. Nawet nie zauważył kiedy znalazł się na tak dobrze mu znanych błoniach. Deszcz już przestał padać. Było ciemno, uczta powitalna musiała już się skończyć. Na psim pysku Syriusza pojawił się uśmiech. Uśmiechnął się po raz pierwszy od lat. Od dnia, w którym stracił żonę i przyjaciół. Widok tego miejsca, jego pierwszego prawdziwego domu, wynagradzał wszystkie trudy, które musiał przeżyć, żeby się tu dostać. Z zamyślenia wyrwał go fakt, że coś mokrego i zimnego trącało go w ogon. Odwrócił się i ujrzał rudego kocura, wymachującego ogonem przypominającym szczotkę. Patrzył na niego z ciekawością, jakby przyjaźnie, choć też trochę nieufnie. On wie, że nie jestem psem - pomyślał Syriusz. - A więc musiał rozpoznać, że szczur Rona Weasleya to animag... Jeśli uda mi się zdobyć zaufanie tego kota... Mógłby się przydać... Łapa radośnie polizał zwierzę po łebku, ku jego wyraźnemu niezadowoleniu. Szczeknął przyjaźnie, a następnie skierował się do Bijącej Wierzby. Ucieszył się, gdy zobaczył, że kot szedł tuż obok niego. Chyba mam towarzysza - pomyślał Syriusz uśmiechając się w duchu. Tego mu brakowało w Azkabanie. Co prawda był to tylko kocur, ale zawsze to lepsze niż samotność. Unikając gałęzi drzewa gotowych uderzyć wszystko w zasięgu, zbliżył się do pnia i nacisnął sęk. Bijąca Wierzba natychmiast znieruchomiała, a on i kot weszli do tunelu. Wrzeszcząca Chata była dokładnie taka jaką ją zapamiętał. Westchnął na wspomnienie nocnych wypraw trójki nielegalnych animagów i wilkołaka. Z powrotem zmienił się w człowieka i usiadł na starym łożu. Kot od razu wskoczył mu na kolana. Poczuł przyjemne ciepło, gdy głaskał go, zanurzając dłonie w gęstym futrze.

- Pomożesz mi? - zapytał ochrypłym głosem.

Kot miauknął, co Syriusz uznał za znak zgody.

- Nadchodzę Peterze Pettigrew - powiedział Łapa w bliżej nieokreślonym kierunku, wciąż głaszcząc nowego przyjaciela.  

czwartek, 22 stycznia 2015

Liebster Award

Liebster Award


"Nominacja do Liebster Blog Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za "dobrze wykonaną robotę". Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował."

Zostałam nominowana przez pewną wredną małpkę. :)

Laura Torres <3 <3 <3 <3

Dziękuję ci, Lauruś (ale i tak cię zamorduję :P czemu aż 11 blogów? xD)

Pytania od Laury:

1. Co lubisz w swoim stylu pisania?

Kurczę, trudne pytanie... Chyba najbardziej to, że się rozwija. Kiedyś, jeszcze przed powstaniem bloga, moje opowiadania były w zasadzie jednymi wielkimi dialogami, a teraz staram się umieszczać w nich opisy, choć nie jestem w nich w 100%-tach zadowolona i jeszcze dużo pracy przede mną.

2. Jaka piosenka najczęściej Cię motywuje do pisania?

Żadna. Nie słucham muzyki przy pisaniu. Ogólnie to rzadko jej słucham.

3. Dlaczego założyłeś/aś bloga?

Zaczęło się od tego, że dowiedziałam się o twoim blogu. W głowie zaświtał mi pomysł na opko o córce Syriusza. Pomyślałam, że co mi szkodzi i założyłam bloga. Najpierw na onecie, a potem za radą pewnej rudej małpki (sama wiesz o kogo chodzi xD) przeniosłam go na blogspot.

4. Twoja ulubiona postać? <książkowa i najlepiej jakby była z HP>

Chyba cię nie zaskoczę. xD Syriusz Black <3

5. Najśmieszniejszy cytat z jednej z twoich ulubionych książek? <zacytuj go ;*>

"- Pan Lunatyk przesyła wyrazy szacunku profesorowi Snape'owi i uprasza go, by zechciał nie wtykać swojego długiego nochala w sprawy innych ludzi.
- Pan Rogacz zgadza się z panem Lunatykiem i pragnie dodać, że profesor Snape jest wrednym głupolem.
- Pan Łapa pragnie wyrazić swoje zdumienie, jak taki kretyn mógł zostać profesorem.
- Pan Glizdogon życzy profesorowi Snape'owi miłego dnia i radzi mu umyć włosy, bo kleją się od łoju."

Z Harry Potter i Więzień Azkabanu. :)

6. Czy zdołałabyś/ zdołałbyś  zacytować swój jeden ulubiony, motywujący cytat?

Tak. Domyślam się, że mam go zacytować. "Jeżeli chcesz poznać człowieka, dowiedz się jak traktuje swoich podwładnych, a nie równych sobie."

7. Czy jest coś w Twoim stylu pisania nad czym wytrwale pracujesz? <jak tak to co to jest>

Oczywiście, że jest. Opisy, opisy i jeszcze raz opisy.

8. Gdybyś musiał/a stworzyć nowego bloga, jakiej byłby tematyki?

Nie mam pojęcia... Skoro obecny jest o mnie jako córce Syriusza, to może w nowym stworzyłabym z nim pairing. Nie wiem, ale na pewno byłoby w nim dużo Syriusza.

9. Jak tworzysz tytuły do swoich rozdziałów? <jeśli wgl je tworzysz :v>

Tworzeniem tego nie nazwę. Ogólnie tytuł rozdziału odnosi się do jego treści/najważniejszego elementu. Wyjątkiem jest najnowszy rozdział, który jest w trakcie tworzenia. Nie miałam innego pomysłu na tytuł, a że będzie to rozdział poświęcony Syriuszowi, a Syriusz to najjaśniejsza gwiazda na niebie, to nazwałam rozdział "Najjaśniejsza z gwiazd". Troszkę zaspoilerowałam. xD

10. Jakie są Twoje ulubione filmy?

Harry Potter, Władca Pierścieni, Hobbit, Trylogia Mrocznego Rycerza, Iron-Man 1,2 i 3, Spider-Man 1, 2 i 3. Trochę tego jest.

11. Czy łatwo Ci przychodzi przelanie swoich uczuć na kartke?

Zdecydowanie nie. Ciężko przychodzi mi opisywanie emocji. Moje opki raczej nie kipią emocjami. No i nie piszę na kartce, tylko w wordpadzie, więc i tak bym nie przelewała uczuć na kartkę. xD

Starałam się poświęcić na jedno pytanie więcej niż minutę. Łatwo nie było, zwłaszcza z 1 i 11.

11 blogów (jakimś cudem się udało xD), które wytypowałam:

1. Zwaśniony Koczkodan
2. Hermiona Black
3. Mistkey250
4. Marika Snape
5. Bellatrix †
6. Lucjusz OC (http://patrzaj-w-serce.blogspot.com/2014/12/42-znow-chyba-jestem.html?showComment=1421934890009#c6491883917564410248)
7. Likoria
8. Yvonne & Yasmin
9. Blanda OC
10. BlackBerry
11. Ollie Mąkosza

Mam nadzieje, że nic nie pochrzaniłam :P

Moje pytania do tych 11 pisarzy/ek

1. Co skłoniło cię do założenia bloga?
2. Czy jest coś co motywuje cię do dalszego pisania? Co to jest?
3. Masz gotow zarys fabuły czy piszesz na spontana?
4. Czy twoja przygoda z pisaniem zaczęła się od bloga, czy wcześniej?
5. Jaka jest twoja ulubiona postać? (Najlepiej z HP.)
6. Czy możesz ją zacytować (twoje ulubione słowa tej postaci)?
7. Czy łatwo przychodzi ci pisanie nowych rozdziałów?
8. Jeśli musiałabyś założyć nowego bloga, to jaka postać ze starego (główna się nie liczy) bloga na pewno by się w nim znalazła?
9. Czy jest coś w twoim stylu pisania z czego nie jesteś zadowolona/y? Co to jest?
10. Twoi ulubieni aktorzy? (Byłoby dobrze, gdyby wśród wymienionych znalazł się choć jeden aktor związany z tematyką twojego bloga (tzn. grał w filmach na podstawie książek, w których świecie dzieje się akcja twojego bloga - mam nadzieję, że napisałam to zrozumaie xD)
11. Co lubisz w swoim stylu pisania?

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Rozdział VI: Dementorzy w pociągu

Pierwszego września Ana wraz z wujostwem i kuzynką udała na dworzec King's Cross. Dziewczynka z obawami przekroczyła barierkę między peronem 9 a 10. Bała się reakcji ludzi na jej widok. Dobrze pamiętała wzrok uczniów w pociągu, gdy pierwszy raz jechała do Hogwartu. A teraz jej ojciec uciekł z Azkabanu. I rzeczywiście, gdy tylko znalazła się na peronie 9 i 3/4 w stronę dziewczynki  natychmiast zwróciło się kilka głów. Ludzie odwracali się i pokazywali ją sobie palcami, ale ku miłemu zaskoczeniu Any nie był to przestraszony czy nienawistny wzrok, lecz ciekawski. Chyba nie będzie tak źle - pomyślała dziewczynka, rozglądając się za przyjaciółkami.

- Są! - zawołała machając do Amy i El, które stały wraz z rodzicami i braćmi blisko Hogwart Express.

Matka Mel była wysoką czarownicą o brązowych włosach i takich samych oczach. Pan Tagworth miał czarne włosy i piwne oczy. Pani Colen była drobną, niebieskooką blondynką. Jej mąż również posiadał niebieskie oczy i jasne włosy, lecz nieco ciemniejsze. Oboje rozglądali się z zaciekawieniem.

- Niesamowite, do szkoły magii naprawdę jedzie się pociągiem? - zapytał zachwycony pan Colen, przyglądając się czerwonemu parowozowi.
- Mama i tata pierwszy raz przeszli na ten peron. W zeszłych latach zawsze zostawali przed barierką - wyjaśniła El zdumionej Anie.
- Tak, pociągiem, choć pewnie jest zaczarowany. W sumie nawet nie jestem pewna, czy ktoś nim kieruje - odpowiedziała Black na pytanie Colena.

Ana poczuła ukłucie zazdrości. Nawet Eli, pochodząca z rodziny mugoli, była odprowadzana przez swoich rodziców. Ją jak zwykle żegnali Andromeda, Ted i Dora, bo matka nie żyła od dwunastu lat, a ojciec gdzieś tam ukrywał się przed organami ścigania. Pewnie już o niej zapomniał. Nie pamięta, że ma córkę, jak ma na imię...

- Ana. - Z zamyślenia wyrwał ją głos ciotki. Poczuła jej dłoń na swoim ramieniu.
- W porządku - skłamała dziewczynka. Dlaczego przejmowała się człowiekiem, który wolał mordować niż się nią zająć? On o niej zapomniał, więc i ona zapomni o nim. Gdyby tylko to było takie łatwe.
- Czas wsiadać - powiedział pan Tagworth, gdy rozległ się gwizdek konduktora.

Po pożegnaniu się z wujostwem i kuzynką, Ana razem z El, Amy, Lucasem i Kevinem wsiedli do pociągu. Chłopcy oddzielili się od nich, by dołączyć do swoich kolegów.

- Chodźcie, znajdziemy sobie wolny prze... - zaczęła Mel, ale ktoś jej przerwał:
- Cześć, dziewczyny, możemy usiąść w jednym przedziale? - zapytał Harry Potter, patrząc na Anę. - Chcę porozmawiać - dodał, widząc pytające spojrzenie Black.
- Jasne - odpowiedziała Ana, mając dziwne przeczucie, że wie czego, a raczej kogo, będzie dotyczyć ta rozmowa.
- Co się stało Parszywkowi? - spytała El, zauważywszy, że szczur Rona był dużo chudszy niż zwykle i ogólnie wyglądał mizernie.
- Nie mam pojęcia, chyba coś złapał - odpowiedział ponuro Weasley. - A w dodatku Hermiona musiała kupić tego wstrętnego kocura, który chce zjeść Parszywka - dodał, spoglądając z nienawiścią na rude stworzenie z krzywymi łapkami i ogonem jak szczotką do WC, które trzymała Granger.
- Jakbyś chciał wiedzieć, to normalne, że kot goni szczura. Krzywołap nie jest w tym wyjątkiem - powiedziała z pogardą Hermiona. - Poza tym masz go od dawna. Na Parszywka po prostu przyszła pora. Szczury zwykle żyją tylko kilka lat, a on ma już dwanaście.

Znalezienie wolnego przedziału okazało się trudnym wyzwaniem. W końcu usiedli w ostatnim, który nie był zupełnie pusty, bo siedział tu mężczyzna zakryty kocem pod sam nos.

- Kto to jest? - zapytał Ron.
- To profesor Remus Lupin - odpowiedziała Hermiona.
- No nie, jak to jest, że ona wszystko wie? - zirytował się rudzielec.
- Walizka jest podpisana - odparła zażenowana dziewczynka, wskazując na bagaż mężczyzny.
- Myślicie, że to nowy nauczyciel Obrony Przed Czarną Magią? - zapytała Ana. - Nie przypominam sobie, żeby nauczyciele jeździli pociągiem.
- Pewnie tak - odparł obojętnie Harry. - Myślicie, że on śpi? - zapytał, patrząc na Lupina, który ani drgnął.
- Chyba tak, a co? - odpowiedziała pytaniem El.
- Muszę wam coś powiedzieć - odparł Potter. Zamknął drzwi przedziału i zasunął zasłonę, żeby nikt nie mógł tu zajrzeć. - Ana, kim jest dla ciebie ten Syriusz Black? - zapytał chłopiec. - No wiesz, macie takie samo nazwisko i... - tłumaczył się.
- To mój ojciec - przerwała mu dziewczynka. Wypowiedziała to suchym tonem.

Nastała tak cisza, że można byłoby usłyszeć najcichszy szmer. Ron spojrzał na Anę z rozdziawioną buzią.

- T-twój o-ojciec? - wyjąkał wyraźnie zaskoczony. - Kurczę, myślałem, że to jakiś twój daleki krewny. Nie wpadłbym na to, że on ma dziecko.
- Nie przejmuj się, mam go gdzieś - odparła chłodno Ana, choć nie była to prawda. - Skoro on wolał mordować niż zająć się mną, to dlaczego miałby mnie obchodzić? - zapytała.

Nikt nie odpowiedział. Harry, Ron, Hermiona, Eli i Amy wymienili się spojrzeniami.

- Miałeś coś nam powiedzieć - przypomniała Potterowi Ana.
- A, tak - odparł nieco nieprzytomnie Harry. - Rozmawiałem z tatą Rona... panem Weasleyem, w Dziurawym Kotle. Powiedział mi, że Syriusz Black nawiał z Azkabanu, żeby mnie zabić. Ministerstwo chciało to przede mną zataić, ale uznał, że powinienem wiedzieć - powiedział ponuro.
- Moja ciotka i mój wuj mówili mi, że ojciec może chcieć mnie zabić albo przekabacić na stronę Voldemorta - odparła Black grobowym tonem.
- Na pewno przesadzają - powiedziała Hermiona po długiej ciszy. - Dlaczego miałby chcieć zabić właśnie Harry'ego? - zapytała.
- Bo pozbawiłem Voldemorta mocy dwanaście lat temu. Pan Weasley mówił, że Black nadal pozostaje jego wiernym sługą - odpowiedział chłodno Potter.
- Harry, czy kiedyś, zanim uciekł, słyszałeś o moim ojcu? - zapytała nagle Ana, przypominając sobie ślubne zdjęcia Potterów i Blacków w jej albumie.
- Nie, pierwszy raz zobaczyłem go w mugolskich wiadomościach. Od Stana Shunpike'a, konduktora Błędnego Rycerza, dowiedziałem się kto to - odpowiedział Harry. - To taki autobus czarodziejów, nie polecam - dodał, widząc pytające spojrzenie El. - Dlaczego pytasz? - zwrócił się do Any.
- Tak tylko, z ciekawości - skłamała dziewczynka.

Czyli w albumie Harry'ego, który dostał od Hagrida na koniec pierwszej klasy, nie było zdjęć jej rodziców. Albo po prostu jeszcze tego nie zauważył. W końcu ona sama dopiero niedawno zobaczyła Potterów w swoim albumie. Nagle pociąg gwałtownie stanął, aż odsunęła się zasłona w drzwiach przedziału. Zgasły wszystkie światła i w przedziale zrobiło się ciemno.

- Co jest grane? - zapytał przestraszony Ron.

Harry i Ana niemal jednocześnie wstali, by zajrzeć na korytarz. Okazało się, że i w innych przedziałach pogasły światła. Black poczuła zimno w dłoni. To klamka którą trzymała pokryła się lodem. Wszystko zamarzało, nawet butelka wody, stojąca na oblodzonym teraz parapecie.

- Tam się coś rusza chyba - powiedział przerażony Weasley, gdy Harry i Ana wrócili na swoje miejsca, zamykając uprzednio drzwi przedziału. Ron wycierał szybę rękawem, żeby móc widzieć co dzieje się na korytarzu, co i tak było trudne przez panującą wokół ciemność. - Nie podoba mi się to.

Nikt więcej się nie odzywał, choć też czuli strach. Ich oddechy zamieniały się w parę wodną. Nagle coś otworzyło drzwi przedziału. Zobaczyli dłoń jak u kościotrupa, tyle że pokrytą liszajami. Do środka wleciała najstraszniejsza kreatura jaką Ana kiedykolwiek widziała. Czarna peleryna sunęła za nią w powietrzu. Nie było widać twarzy potwora, bo zasłaniał ją kaptur. Stwór zbliżył się do Harry'ego. Black nawet nie zdążyła spojrzeć w jego stronę, bo do przedziału weszła kolejna kreatura w czarnym płaszczu. Przybliżyła się do dziewczynki, która nie miała odwagi się ruszyć. Ana poczuła, że odpływa. Zobaczyła przedpokój w domu Tonksów. Czarnowłosy mężczyzna stał odwrócony do niej plecami, właśnie wychodził. W głowie dziewczynki jak echo zaczęły powtarzać się słowa jej ojca - Wrócę, obiecuję. Nagle Anę oślepił srebrny blask. Gdy oprzytomniała zobaczyła, że to Lupin wyczarował srebrną tarczę, która przepędziła kreaturę.

- Co to było? Te zjawy? - zapytał Harry, równie blady jak Ana.
- Dementorzy, strażnicy Azkabanu. Szukali w pociągu Syriusza Blacka - odpowiedział Lupin.
- Skąd mój ojciec miałby się tu wziąć? - zdziwiła się Ana. - Czy oni myślą, że jakiś pierwszoroczniak przemyca go w swoim kufrze?
- No cóż, ministerstwo chce pokazać ludziom, że staje na głowie, żeby go złapać. A że przy tym zapomina o logice, to już inna sprawa - odparł mężczyzna.

Wyjął z kieszeni dwa kawałki czekolady. Podał po jednym Harry'emu i Anie.

- Zjedzcie, dobrze wam zrobi - powiedział, zachęcająco Lupin. - Nie jest zatruta, możecie spokojnie ją zjeść - dodał, widząc jak Potter i Black niepewnie patrzą na słodkości. - A ja tymczasem pójdę porozmawiać z kierownikiem pociągu. Powinni pilnować dementorów, jeśli już muszą ich wpuszczać do pociągu pełnego dzieciaków - oznajmił i wyszedł z przedziału.

Przez chwilę nikt się nie odzywał. Słychać było jedynie szybkie oddechy i odgłos odgryzania czekolady.

- Czy któreś z was też, no wiecie... odpłynęło? - zapytał w końcu Harry.
- Nie, ale czułem się jakbym już nigdy nie miał być szczęśliwy - odpowiedział Ron posępnym tonem.
- Zupełnie jakby całe szczęście świata zostało wyssane - powiedziała Amy.
- Ja odpłynęłam - odezwała się Ana. - Widziałam ojca, jak odchodził, zostawiwszy mnie u ciotki i wuja. I znowu te słowa. "Wrócę, obiecuję." Obiecał wrócić. I nie wrócił - dodała ponuro.
- Słyszałem krzyk kobiety. To była moja mama, gdy Voldemort ją zabijał. Jestem tego pewien - powiedział Harry smętnym tonem.

Grobowa atmosfera utrzymała się już do końca podróży, która przebiegła w ciszy. Nikt bowiem nie miał odwagi kontynuować rozmowy o dementorach lub rozpocząć inny temat. Gdy pociąg ponownie się zatrzymał, tym razem na stacji w Hogsmeade, całą szóstką wyszli na korytarz. Przeciskali się przez tłum uczniów, żeby wyjść na stację, gdy Krzywołap wyrwał się Hermionie i skoczył na Rona, sycząc i prychając na Parszywka, który zaczął piszczeć z przerażenia i próbował wydostać się z uścisku dłoni rudzielca.

- Aa! Zabierz tego głupiego kocura! - krzyknął Ron. - Parszywek, wracaj! - zawołał, gdy szczurowi udało się uwolnić i czmychnąć z pociągu.
- Krzywołapku, nie wolno gonić Parszywka. Znajdziesz sobie pełno innych szczurów - powiedziała karcąco Hermiona, zabierając kota z Rona.

Ana, która pierwsza wyszła z pociągu, złapała szczura Weasleya, kiedy ten skulił się pod ławką. Gdy wzięła go na ręce, zaczął jeszcze bardziej piszczeć, jakby go zarzynali jak prosię.

- Parszywek, uspokój się! Co się z tobą dzieje? - zapytała dziewczynka, trzymając go na bezpieczną odległość, żeby nie podrapał jej twarzy.
- CO TY MU ROBISZ?! - ryknął Ron, gwałtownie wyrywając jej szczura z rąk (co poskutkowało przeciągłym piskiem zwierzęcia).
- Nic mu nie zrobiłam. Tylko wyciągnęłam go spod ławki, chciałam oddać go tobie - odpowiedziała Ana z nutką pretensji w głosie. - Nie wiem czemu zaczął piszczeć jeszcze bardziej.
- Ron powinien bardziej pilnować swojego szczura - prychnęła Hermiona.
- A może to ty powinnaś lepiej pilnować to coś, co nazywasz kotem? - zapytał chłopak czerwony ze złości.
- Ej, będziecie się tak kłócić, czy w końcu się ruszymy i zajmiemy któryś powóz? - zapytał zniecierpliwiony Harry.
- Właśnie, jeszcze odjadą bez nas - dodała El.
- Nie wiem jak wy, ale ja nie mam ochoty pieszo iść stąd do Hogwartu, więc się pośpieszmy - powiedziała Amy.

Zajęli ostatni wolny powóz jaki został. Pojazdy na czterech kołach powoli potoczyły się naprzód. Nikt się nie odzywał, wciąż myśleli o dementorach w pociągu. Wszyscy prócz Any, której myśli zawracało co innego niż strażnicy Azkabanu. Dlaczego Parszywek tak się jej przestraszył? To raczej ludzie piszczą na widok szczurów, a nie szczury na widok ludzi. Przecież nie chciała mu zrobić żadnej krzywdy. Chyba nie mam szczęścia do zwierząt - pomyślała dziewczynka, przypominając sobie o czarnym psie. Ciekawe gdzie on teraz jest? Oby jak najdalej. Wkrótce uczniowie weszli do Sali Wejściowej. Harry i Ana tak jak reszta zamierzali wejść do Wielkiej Sali, ale zatrzymała ich profesor McGonagall:

- Potter, Black, mogę prosić na słówko? - zapytała.

Harry i Ana wymienili się zdumionymi spojrzeniami, ale skinęli głowami na zgodę i podążyli za nauczycielką do jej gabinetu, przechodząc przez Wielką Salę, gdzie profesor Flitwick przeprowadzał Ceremonię Przydziału. Oboje mieli wrażenie, że doskonale wiedzieli z jakiego powodu McGonagall chce z nimi rozmawiać.

- Usiądźcie - powiedziała krótko nauczycielka, wskazując dwa krzesła stojące przed biurkiem, za którym usiadła.
- Chodzi o ucieczkę Syriusza Blacka, prawda, pani profesor? - zapytał poważnie Harry. - Pan Weasley powiedział mi, że uciekł z Azkabanu, żeby mnie zabić - dodał, widząc zdumioną minę McGonagall.
- Tak, właśnie dlatego was tu wezwałam. Harry, Ana, chcę was prosić, żebyście byli ostrożni. Nie tylko z powodu zbiega, ale i dementorów. Ich nie obchodzi kogo atakują, byle się najeść. Niestety Knot uparł się, by strzegli szkoły - powiedziała nauczycielka łagodnym, zupełnie innym niż normalnie, tonem głosu. - Tak jakby Black miał niespostrzeżenie dostać się do Hogwartu... Chociaż skoro przechytrzył dementorów... No, ale uważajcie na siebie. Nie wychodźcie z zamku sami. Najlepiej będzie, jeśli w ogóle nie będzie go opuszczać. Jednak nie mogę zabronić wam wypraw do Hogsmeade, gdy będą wycieczki - powiedziała poważnym głosem.

Ana zauważyła, że na wspomnienie Hogsmeade, Harry jakby posmutniał. Teraz jednak co innego ją zastanawiało. Niewiele wiedziała o ojcu od ciotki i wuja, ale po usilnych prośbach powiedzieli, że on był przy jej matce, gdy ta umierała. Lecz tak naprawdę nie miała pojęcia kto właściwie ją zabił. I czy miał jakiś powód.

- Pani profesor, mogę o coś zapytać? - spytała Ana.
- Tak, oczywiście, pytaj, panno Black - odpowiedziała zachęcająco McGonagall.
- Kto zabił moją mamę? - zapytała Ana na jednym wydechu. - Wiem tyle, że mój ojciec był przy niej, gdy umierała, ale nic więcej.

McGonagall westchnęła, ale po chwili odpowiedziała:

- Ally zabito Sectusemprą, zaklęciem, które zadaje rany cięte jak od noża. Nie wiadomo jednak kto rzucił to zaklęcie. Na miejscu zastano tylko nieprzytomnego Lucjusza Malfoya i... - urwała, jakby nie wiedząc czy powinna kontynuować. -... Twojego ojca trzymającego twoją matkę w ramionach. Dokładnie nie wiem co tam się działo, wiem tylko z opowieści.
- Umarła mu w ramionach? - zapytała Ana, a głos jej się załamał. - Co się z nim stało? Czemu stał się zwykłym mordercą? - Nie oczekiwała odpowiedzi. Wpatrywała się w swoje kolana. Dłonie zacisnęła w pieści tak mocno, że aż zbielały jej knykcie. Zaś w oczach zaszkliły się łzy. Zamrugała kilka razy, by je powstrzymać.
- Ana, nie wiem dlaczego twój ojciec stał się taki jaki się stał. Każdy sam wybiera swoją drogę. Chociaż gdyby mi ktoś powiedział, że... zresztą, nieważne. Nie przejmuj się, nie warto - powiedziała pocieszająco McGonagall. - A teraz chodźmy już na ucztę - dodała, wstając zza biurka.

Harry i Ana wyszli za nią z gabinetu. Dziewczynka nadal miała ponury nastrój. McGonagall zatrzymała się przed drzwiami do Wielkiej Sali. Odwróciła się, by spojrzeć na nią.

- Ana, wiem, że Andromeda i Ted nie mówili i dalej nie mówią ci wielu rzeczy, ale to wszystko dla twojego dobra - powiedziała łagodnie. - A teraz wchodźmy, pewnie jesteście głodni - dodała, otwierając drzwi Wielkiej Sali.

Weszli do środka i Harry i Ana zdążyli zauważyć profesora Flitwicka wynoszącego stołek i Tiarę Przydziału. Zajęli swoje zwykłe miejsca przy stole Gryffindoru. Po chwili powstał Albus Dumbledore.

- Witajcie w kolejnym roku w Hogwarcie! - zawołał, rozpościerając ramiona, jakby chciał wszystkich objąć. - W związku z ucieczką Syriusza Blacka zostały zaostrzone środki ostrożności. Uczniowie mają kategoryczny zakaz opuszczania dormitoriów po zmierzchu. Dementorzy obejmą wartę przy głównym wejściu - oznajmił, a po sali przeszły pomruki niezadowolenia. - Tak, mi też się to nie podoba, lecz ministerstwo uznało, że to potrzebne dla waszego bezpieczeństwa. Musicie wiedzieć, że dementorów nie oszukają żadne sztuczki czy przebieranki, dlatego nawet tego nie próbujcie. Pamiętajcie, że w najmroczniejszych chwilach najważniejsze jest, by zapalić światło. - Dumbledore zapalił świecie dotykając palcami ich knotów. Następnie wygłosił standardowe zakazy, lecz nikt go nie słuchał.

- Potter, Black. - Harry i Ana usłyszeli za sobą dobrze im znany głos. Odwrócili się i zobaczyli Draco Malfoya. - Podobno odpłynęliście w pociągu. Zemdleliście - zadrwił i udał, że mdleje, na co jego goryle, Crabbe i Goyle, zarechotali.
- Zamknij się, Malfoy - warknął Ron. - Nie słuchajcie go, to dureń - mruknął do Harry'ego i Any.
- Teraz zgrywa kozaka. Jak ci dementorzy weszli do pociągu, to z krzykiem wpadł do naszego przedziału - powiedział Fred, patrząc z pogardą na tył głowy Malfoya.
- Zsikał się w majtki ze strachu - dodał George.

Po uczcie powitalnej wszyscy jak zawsze udali się do dormitoriów. Ana jednak nie potrafiła zasnąć. Jej ojciec był przy matce, gdy umierała. Umarła mu w ramionach. Czy tak zachowuje się człowiek, który kilka godzin później morduje niewinnych ludzi? Co łączyło ich z Potterami? Gdzie on teraz jest? Czemu ją zostawił?

- Ana, nie śpisz jeszcze? - Gryfonkę z zamyślenia wyrwał czyjś głos.

Była to Jessica Collet, jej koleżanka z roku. Podobnie jak ona była ścigającą. Miała ciemnobrązowe, wręcz czekoladowe włosy, takie same oczy i hiszpańską urodę. Jess pochodziła właśnie z Hiszpanii.

- Nie, nie śpię, a co? - odpowiedziała pytaniem Ana, siadając na łóżku.
- Ee... bo wiesz... słyszałam, że ten Syriusz Black to twój ojciec - odparła Jess i usiadła obok.
- No, tak. On jest moim ojcem - powiedziała Ana, nie rozumiejąc do czego zmierzała Collet.
- Chodzi mi o to, Ana, że ja... jestem jego wielką fanką. Serio, Syriusz Black jest moim idolem chyba odkąd po raz pierwszy o nim usłyszałam, podsłuchując jakąś rozmowę rodziców, jak miałam dziesięć lat - przyznała Jessy, a na jej policzkach wykwitły rumieńce.

Do Any początkowo nie dotarł sens tych słów. Jessica zawsze była trochę szalona (w końcu miała hiszpańską krew), ale bycie fanką mordercy, to nawet jak na nią lekka przesada.

- Dobrze się czujesz, Jess? - zapytała dziewczynka, mając nadzieję, że Collet żartowała. - Nie sądzisz, że mój ojciec nie jest najlepszym idolem?
- Tak, wiem, że został skazany za morderstwa, ale ja wierzę, że jest niewinny - odpowiedziała Jess z nadzieją w głosie.
- Ty siebie słyszysz? - Ana nie wierzyła własnym uszom. - Skoro go skazali, to chyba mieli jakieś dowody, nie? - zauważyła.
- Niby tak - zgodziła się Jessy. - Ale pomyśl. Mówią, że twój ojciec nawiał z Azkabanu, żeby zabić Pottera. Po dwunastu latach - powiedziała, ale Black nadal nie rozumiała o czym mówi.
- No tak. I co z tego? - zapytała Ana. Była już znudzona tą rozmową. Owszem, wiedziała że nie uniknie rozmów o ojcu, ale nie sądziła, że będzie rozmawiać o nim z Jessicą Collet, twierdzącą że jest jego fanką.
- Zastanów się, Ana. Jeśli jemu chodzi tylko o zabicie Pottera, to czemu czekał tyle lat z ucieczką? - zastanawiała się Jess. - Jeśli ja bym czekała dwanaście lat, żeby uciec z takiego miejsca jak Azkaban, to miałabym w tym jakiś wyższy cel, a nie mordowanie wszystkiego wokół - wyjaśniła.
- Może wcale nie chciał czekać dwanaście lat, ale tyle zajęło mu wymyślenie jak uciec? - zasugerowała Ana. W duchu przyznała Jess rację. Byłoby wierutnym kłamstwem, gdyby stwierdziła, że do końca wierzyła w winę swojego ojca, bo w głębi miała nadzieję, że był niewinny od momentu, w którym dowiedziała się za kogo go uważano.
- I uciekł bez żadnego problemu, niezauważony przez dementorów? - zapytała rozsądnie Collet. - Jestem pewna, że za tym kryje się jakiś wyższy cel niż zabicie Pottera - stwierdziła pewna siebie.
- Ktoś komu żona umarła w ramionach raczej nie poszedłby kilka godzin później mordować niewinnych ludzi, prawda? - zapytała nagle Black.
- Żona? - powtórzyła Jess takim tonem, jakby to było coś absurdalnego.
- No... moja matka - odpowiedziała Ana. - Chwila... Jess, ty chyba się nie bujasz w moim ojcu? - zapytała z rozbawieniem w głosie.
- Emm... powiedzmy, że jest moim obiektem westchnień - odpowiedziała, rumieniąc się Jessica. - I tak, wiem że jest dużo starszy - dodała.
- To dobrze, dziwnie bym się czuła mając ciebie za macochę - powiedziała Ana i obie wybuchły śmiechem.
- Wracając do sedna... Nie, ktoś komu żona umarła w ramionach nie idzie kilka godzin później urządzać rzezi - stwierdziła Jess.
- Masz rację. W tej całej sprawie z moim ojcem jest coś nie tak - zgodziła się Ana.
- Muszę powiedzieć ci coś jeszcze. Znasz moje ksywki, prawda? - zapytała Jessy.
- Łapa, Łapka, Łapson... i inne kombinacje... oraz Psinka - wyliczyła Black.
- Tak, właśnie. Moja główna ksywka, czyli Łapa, jest na cześć twojego ojca - przyznała Collet.

Ana przez chwilę gapiła się na nią z rozdziawioną buzią.  Gdyby ktoś teraz ją zobaczył, mógłby pomyśleć, że oberwała Petrificusem. 

- Jak to na jego cześć? - zapytała kompletnie zaskoczona.
- To ty nic o nim nie wiesz? - zdziwiła się Jess.
- No wiesz, ciotka i wuj nie byli za bardzo chętni do rozmów o nim - odparła posępnie Ana.
- Słyszałam, że ma dość... psi charakter. Podobno, gdy tu się uczył, wołali na niego Łapa - powiedziała Jessy.

Ana automatycznie pomyślała o wielkim, czarnym psie. Nie, to było niemożliwe. Animag musi być zarejestrowany. Jednak opowiedziała o nim Jessice. Collet wstała i zaczęła chodzić po dormitorium, jakby miała za chwilę odfrunąć ze szczęścia.

- Może jest nielegalnym animagiem? - zasugerowała. - W końcu jaką ministerstwo ma gwarancję, że każdy animag przestrzega obowiązku rejestracji?
- Może... ale niekoniecznie wielkim, czarnym psem - stwierdziła Ana.
- Szkoda, że nie udało ci się go przygarnąć. Mogłybyśmy się tego dowiedzieć - westchnęła Jessy.
- O ile udałoby mi się tu go przemycić - zauważyła Black.
- Ja swojego Zgubusia przemyciłam bez problemu - powiedziała Jess.
- Ale on jest dużo mniejszy od tego psa - zauważyła Ana. - Poza tym jak to sobie wyobrażasz? Mój ojciec nagle miałby się przemienić w człowieka na środku dormitorium, w którym śpią dzieciaki? Tylko wzniósłby alarm.
- No tak, racja - zgodziła się Jessica, zatrzymując się przy oknie. - ANA! PATRZ! - krzyknęła tak głośno, że Black wystraszyła się, że obudzi współlokatorki, ale tylko Lavender Brown zachrapała donośnie, po czym przewróciła się na drugi bok.
- Co? - zapytała Ana, podchodząc do okno. - O kurczę... - powiedziała z nutką zachwytu w głosie.

Na błoniach stał wielki, czarny pies, a obok niego rudy kot... Co Krzywołap robi z tym psem?

- Co tam robi kot Hermiony? - zapytała Ana.
- Jaki kot? - spytała niezbyt przytomnie Jess.
- Ten rudy z krzywymi łapkami, obok tego psa. Nazywa się Krzywołap - odpowiedziała Black, wskazując na  rude zwierzę idące obok psa.
- Ach... nie mam pojęcia, ale wyglądają, jakby się przyjaźnili - stwierdziła Jessy. - Pies z kotem. Dziwne, nie? - zapytała.
- Tak, dziwne - odpowiedziała Ana. - Jess, wiesz może co moi rodzice mieli wspólnego z Potterami? - zapytała.
- Z rodzicami Harry'ego? Nie - odpowiedziała Jessica. - A dlaczego mieliby mieć coś wspólnego? - spytała.
- Mam zdjęcia Lily i Jamesa w albumie. Byli świadkami na ślubie moich rodziców i vice versa. Wuj i ciotka mówili, że byli znajomymi, ale jestem przekonana, że tu chodzi o coś więcej. Pytałam Harry'ego, oczywiście nie mówiąc mu o zdjęciach, czy znał wcześniej mojego ojca, ale najwyraźniej nie zauważył jeszcze jego zdjęć w swoim albumie. Jestem pewna, że w nim są - wyjaśniła Ana.

Obserwowały psa i Krzywołapa dopóki nie znikli... nie wiadomo gdzie. Dostrzegły tylko, że doszli do Wierzby Bijącej. Stały przy oknie jeszcze przez chwilę, ale ani pies, ani kot już się nie pojawił.

- Nie mówmy Hermionie, że Krzywołap kumpluje się z tym psem - powiedziała Ana, gdy obie znowu leżały w swoich łóżkach. - Ani Harry'emu i Ronowi. Nikomu - dodała.
- Będę milczeć jak grób - zadeklarowała Jess.

Ana pogrążyła się w myślach. Nie powiedziała  Jessy o dziwnej reakcji Parszywka, gdy wyjęła go spod ławki, pod którą znalazł się uciekając przed Krzywołapem. Kot Hermiony ewidentnie uwziął się na szczura Rona. Jaki kocur uparłby się na jednego gryzonia, skoro na pewno jest tu ich więcej? Merlin Elisy i Zgubuś Jess nigdy nie próbowali upolować szczura Rona, ani żaden inny kot ucznia Hogwartu. Nawet pani Norris nie była nim zainteresowana. Więc czemu interesował Krzywołapa? Czemu on przyjaźnił się z tym psem? Dlaczego Parszywek żył już tak długo, choć nie wykazał żadnych magicznych zdolności? Hermiona mówiła, że Ron ma go dwanaście lat... Tyle samo, ile jej ojciec spędził w Azkabanie. Przypadek czy nie? Czy ten pies to rzeczywiście był jej ojciec? Może naprawdę miał wyższy cel? Anie podskoczyło serce... Obiecał wrócić... Tylko dlaczego czekał z tym dwanaście lat? Nie, za jego ucieczką musi kryć się inny wyższy cel. Ana postanowiła, że nie spocznie dopóki nie spotka się z ojcem i nie dowie się wszystkiego. Może Amy i El nie zgodzą się z nią i będą chciały ją od tego odwieść, ale była pewna, że Jess chętnie pomoże jej w odnalezieniu Syriusza Blacka. Ale najpierw musi zapytać Rona kiedy Parszywek zaczął chorować. Była pewna, że w tym szczurze było coś podejrzanego, tylko nie wiedziała co. Gdy w końcu zasnęła była w wyjątkowo dobrym nastroju.


czwartek, 20 listopada 2014

Rozdział V: Czarny Pies


Uczniowie przestali gapić się na Snape'a, gdy nadeszła poranna poczta. Ana od razu wypatrzyła wśród sów Śnieżka. Z sercem walącym jej w piersi odwiązała list od jego nóżki.

Kochana Ano,

Mówiliśmy, że twój ojciec nie żyje, bo nie chcieliśmy obarczać Cię tą przykrą prawdą. Zamierzaliśmy Ci oczywiście powiedzieć, ale w swoim czasie. Nie chcieliśmy psuć Ci pierwszego dnia szkoły. Dlatego unikaliśmy tematu Syriusza. Mam nadzieję, że nam to wybaczysz.

Całuję,
Ciocia


Ana odłożyła list. Poczuła się zawiedziona, że nie napisali nic więcej. Spojrzała na sowy latające po Wielkiej Sali w poszukiwaniu adresatów. Miała nadzieję zobaczyć wśród nich Matołka, ale jego nie było. No tak, po co Aberforth miałby odpisywać? Jeden list na jedenaście lat jej życia to i tak dużo, jak na ich relacje.

***
Minęły dwa lata. Były wakacje, po których Ana miała iść do trzeciej klasy. Przez ten czas zdążyła urosnąć o kilka cali, włosy związała w kucyk. Nie była już tą małą dziewczynką, wszak miała już trzynaście lat. Ciotka i wuj mówili, ze coraz bardziej przypomina matkę. Oprócz oczu - pomyślała. Nawet je lubiła. Zastanawiała się jak będzie w trzeciej klasie. Na koniec drugiego roku wybrała wróżbiarstwo i Opiekę Nad Magicznymi Stworzeniami. Ten pierwszy przedmiot za bardzo jej nie ciekawił, ale uznała, że musi być ciekawszy od numerologii czy starożytnych runów, a mugoloznawstwo jej nie pociągało. I tak dużo wiedziała o życiu mugoli od wuja Teda. ONMS to było co innego, mogło być ciekawie. No i książka, której mieli używać na tych lekcjach. Potworna Księga Potworów. Nie miała pojęcia, dlaczego została tak nazwana, więc tym bardziej nie mogła się doczekać, żeby ją dostać. Poprzednie lata w Hogwarcie nie należały do spokojnych. W pierwszej klasie Harry, Ron i Hermiona poszli na trzecie piętro, Potter walczył z Quirrellem, ówczesnym nauczycielem OPCM, który miał Voldemorta z tyłu głowy. W poprzednim roku w Hogwarcie zapanował lęk przed dziedzicem Slytherina, który otworzył Komnatę Tajemnic. Na koniec okazało się, że był to Tom Marvolo Riddle, czyli Voldemort, a posługiwał się Ginny Weasley, młodszą siostrą Rona, którą opętał swoim dziennikiem. Oczywiście uratował ją Harry i zabił bazyliszka, który petryfikował uczniów, Mieczem Godryka Gryffindora. W Komnacie Tajemnic nauczyciel OPCM, Gilderoy Lockhart, który okazał się zwyczajnym oszustem przypisującym sobie zasługi innym, oberwał Zaklęciem Zapomnienia i trafił do Świętego Munga, gdzie pewnie zostanie już na zawsze. Ana w w drugiej klasie została ścigającą w drużynie Gryfonów, toteż nie była zachwycona, gdy rozgrywki zostały zawieszone z powodu ataków. Zagrała więc tylko jeden mecz, ze Ślizgonami, zwycięski oczywiście, mimo że na Harry'ego uwziął się tłuczek, a w dodatku Lockhart "pomógł mu" pozbawiając go wszystkich kości w ręce. Była w tym bardzo dobra. Nie przywiązywała do tego wagi, ale gdy napisała do ciotki i wuja, że została przyjęta do drużyny, odpisali, że jej ojciec też był świetnym ścigającym i pewnie po nim ma talent do quidditcha. Jej przyjaciółki, El i Amy, miały rację. Od czasu uczty powitalnej nikt nie wspomniał o jej ojcu. Brat Mel, Lucas, okazał się być fajnym chłopakiem. Ciekawe co wydarzy się w tym roku - pomyślała Ana. Eli i Amy wiedziały już o rdzeniach jej różdżki. Powiedziała im o tym pod koniec września w pierwszej klasie. Była połowa sierpnia, ciotka mówiła, że dzisiaj wybiorą się na Pokątną. Zeszła do kuchni, gdzie Andromeda, Ted i Tonks już jedli śniadanie.

- Jedziemy na zakupy? - zapytała Ana, siadając do stołu.

Ciotka i wuj wymienili się znaczącymi spojrzeniami, co nie uszło uwadze dziewczynki.

- Wiesz, Ana, sami zrobimy ci zakupy - odpowiedział Ted. - Ty zostań w domu.
- Dlaczego? - zapytała Ana. - Zawsze razem chodziliśmy na Pokątną.
- Tak, ale... z pewnym powodów będzie lepiej, gdy tym razem zrobimy to sami. Musimy tylko wziąć twoje miary dla Madame Malkin, bo już zdążyłaś wyrosnąć ze starych szat - odparła Andromeda.
- Wy coś ukrywacie, tak? - zapytała Ana, przyglądając im się podejrzliwie. - Dora, wczoraj wróciłaś z kursu jakaś zaniepokojona - zwróciła się do kuzynki.
- To... Nie, wydawało ci się - powiedziała szybko Tonks, widząc spojrzenie matki.

Ana uznała, że dalsza dyskusja nie miała sensu. Po śniadaniu ciotka zmierzyła ją magiczną taśmą, a wuj zapisał wymiary na kartce. Siecią Fiuu udali się na Pokątną. Dziewczynka została sama w domu, bo jej kuzynka poleciała do ministerstwa magii. Postanowiła to wykorzystać, by dowiedzieć się dlaczego nie mogła wybrać się na zakupy. Gdzieś tu powinien być Prorok Codzienny - pomyślała, przeszukując salon. Zwykle gazety leżały na stole, ale od kilku dni ciotka i wuj chowali je przed nią i nigdy nie czytali, gdy ich widziała. Raz nakryła Teda, jak szybkim ruchem chował Proroka za plecami. Nie zwróciła mu wtedy na to uwagi, ale zaczęła podejrzewać, że starali się coś przed nią ukryć. A teraz była tego pewna. Po kilku minutach poszukiwań znalazła egzemplarze Proroka schowane w kanapie. Wzięła do ręki najnowsze wydanie i poczuła jak serce zaczyna walić jej jak młotem. Na pierwszej stronie widniało zdjęcie człowieka, a raczej wraku człowieka w więziennej szacie. Miał długie, splątane, brudne czarne włosy, a woskowa skóra zdawała się ciasno opinać szkielet. Miał żółte zęby, które szczerzył w bardzo psi sposób. W szponiastych dłoniach trzymał tabliczkę z numerem więziennym. Po twarzy można było zauważyć, że kiedyś musiał być bardzo przystojny. Jedyne co w jego wyglądzie wydawało się żywe, to szare oczy. I właśnie po nich go rozpoznała, choć tak różnił się od tego na zdjęciach w albumie, który dostała na jedenaste urodziny. W końcu było to jedyne co w wyglądzie odziedziczyła po nim.

- Tata - szepnęła, nie odrywając wzroku od poruszającego się mężczyzny. W jego oczach widniał obłęd, zdecydowanie wyglądał groźnie.

Ana dopiero teraz spojrzała na nagłówek napisany wielkimi literami:

SYRIUSZ BLACK NA WOLNOŚCI!!!


Groźny seryjny morderca w ostatnich dniach uciekł z pilnie strzeżonego więzienia czarodziejów, Azkabanu. Nie wiadomo jak tego dokonał, ponieważ nikomu wcześniej się to nie udało. Dwanaście lat temu Black zabił jednym zaklęciem dwunastu mugoli i jednego czarodzieja. Zalecamy zachowanie ostrożności i nie opuszczanie domów po zmierzchu. Jeśli ktoś zauważy Blacka niech natychmiast powiadomi o tym Biuro Aurorów. "Dołożymy wszelkich starań, by schwytać Blacka" - zapewnia minister magii, Korneliusz Knot.

Zaskakuąjcy jest fakt, że Black mimo dwunastu lat w Azkabanie, pozostaje przy zdrowych zmysłach.
"Gdy go widziałem wizytując Azkaban, rozmawiał ze mną zupełnie normalnie. Wyglądał jedynie na znudzonego. Poprosił mnie o gazetę, żeby mógł sobie rozwiązać krzyżówkę. Nigdy wcześniej nie spotkałem się z więźniem, który zachowałby pełną świadomość tego kim jest po tylu latach w Azkabanie. Chociaż ostatnio chyba zaczął wariować. Ciągle mamrotał przez sen "On jest w Hogwarcie... On jest w Hogwarcie..." Nie wiemy co to oznacza" - mówi minister

Nagle, zupełnie nie wiedząc czemu Ana zrozumiała jakie słowa wypowiadał jej ojciec w snach, gdy miała jedenaście lat. Wrócę, obiecuję. Obiecał wrócić i nie dotrzymał słowa. Wolał mordować, niż się nią zająć. Ze wściekłością rzuciła gazetę na kanapę. Usiadła i schowała twarz w dłoniach. Nie chciała patrzeć na jego zdjęcie. Czy on w ogóle pomyślał o niej, gdy zabijał tamtych ludzi? Czy ona w ogóle się dla niego liczyła? I jej matka, która zginęła tego samego dnia, w którym zostawił ją u ciotki i wuja? Ana poczuła jak po policzkach spływają jej łzy. On już pewnie o niej zapomniał, nie pamięta, że ma córkę. Po chwili odważyła się sięgnąć po wcześniejsze egzemplarze Proroka. W gazetach z całego tygodnia znajdował się dokładnie taki sam artykuł i identyczne zdjęcie. Czemu ciotka i wuj to przed nią ukrywali? Myśleli, że nie dowie się o ucieczce jej ojca? Znowu chcieli coś przed nią ukryć. Nie mogli choć raz być szczerzy? Andromeda i Ted wrócili godzinę później, lecz Ana nawet nie podniosła głowy, by na nich spojrzeć.

- Ana, nie wiem kto będzie was w tym roku uczył Opieki Nad Magicznymi Stworzeniami, ale ten ktoś musi być szalony. Ta Potworna Księga Potworów to gryząca książka, dosłownie ma zęby. Sprzedawca nie był zachwycony, gdy musiał otworzyć klatkę z nimi, żeby dać nam jedną. W sklepie z markowym sprzętem quidditcha pojawił się najnowszy egzemplarz miotły, Błyskawica. Zrobiłem zdjęcie, bo domyśliłem się, że chciałabyś ją zobaczyć - powiedział wesoło Ted.
- Ale najpierw przymierz nowe szaty. Madame Malkin powiedziała, że może je poprawić, gdyby okazały się za duże lub za małe - dodała Andromeda. - Ana? Czy ty nas w ogóle słu... Och... - westchnęła dostrzegając kupkę gazet na kanapie.
- Czemu chcieliście to przede mną zataić? - zapytała Ana. Ciekawość czym jest Potworna Księga Potworów ulotniła się z niej niczym powietrze z balona. Nie miała też ochoty oglądać zdjęcia Błyskawicy, choć w innej sytuacji dałaby wszystko, żeby móc zobaczyć ją na żywo.
- Nie zamierzaliśmy tego przed tobą ukrywać. Chcieliśmy tylko zaczekać na odpowiedni moment - odpowiedział wuj.
- Tak jak wtedy, gdy zatailiście przede mną, że jest zwykłym mordercą? - zapytała Ana. Była wściekła.
- Nie, powiedzielibyśmy ci przed twoim wyjazdem do Hogwartu - odpowiedziała ciotka. - Ale skoro już się dowiedziałaś... Musisz też wiedzieć, że twój ojciec jest naprawdę niebezpieczny. Może nawet chcieć cię zabić... albo przekabacić cię na stronę Voldemorta - dodała.
- Voldemorta? On służył Voldemortowi?! - Dziewczynka dziwiła się sama sobie, że o tym nie pomyślała.
- Tak, i chcemy cię prosić, Ana, żebyś bez względu na to co usłyszysz, nie szukała swojego ojca - powiedział Ted.
- Wujku, ciociu, dlaczego miałabym szukać kogoś, kto chce mnie albo zabić, albo zrobić ze mnie takiego samego mordercę jak on? - zapytała Ana, lecz nie uzyskała odpowiedzi.

Po przymiarce szat wraz ze swoimi nowymi rzeczami, udała się do swojego pokoju. Potworna Księga Potworów warczała, gotowa by zacząć gryźć wszystko na swojej drodze, gdy tylko ktoś odepnie pasek, którym była spięta. Dziewczynka z niechęcią zaczęła przeglądać podręczniki. Ciekawe kto w tym roku będzie uczył obrony? - pomyślała. Miała nadzieję, że w tym roku będą mieli kompetentnego nauczyciela. O ile Quirrell jeszcze ich czegoś nauczył, to Lockhart w ogóle. A jak miała w przyszłości zdać OPCM, żeby móc zostać aurorem, jeśli znów trafiłby się ktoś, kto nie ma bladego pojęcia o tym przedmiocie? Ana sięgnęła po pióro i dwa pergaminy. Napisała listy, jeden do Amy, drugi do El.

Droga Amy,

Pewnie już słyszałaś, że mój ojciec uciekł z Azkabanu. Ciotka i wuj mówią, że może chcieć mnie zabić albo przekabacić na stronę Voldemorta. Co o tym sądzisz? Rzeczywiście powinnam się go obawiać? On pewnie mnie już nie pamięta.

Pozdrawiam,
Ana 

Droga El,

Nie wiem czy już o tym wiesz, bo przecież twoi rodzice to mugole, a nie kupujesz Proroka Codziennego. Mój ojciec uciekł z Azkabanu. Ciotka i wuj uważają, że może chcieć mnie zabić albo przekabacić na stronę Voldemorta. Co o tym sądzisz? Myślisz, że mogą mieć rację? On pewnie mnie już nie pamięta. Wysłałam podobny list do Amy.

Pozdrawiam,
Ana 

Ana włożyła listy do kopert i przywiązała je do nóżek Śnieżka. Miała nadzieję, że przyjaciółki szybko odpowiedzą. Otworzyła okno, żeby sowa mogła wylecieć. Obserwowała ją, dopóki biała plama nie zniknęła jej z oczu. Dziewczynka miała już zamknąć okno, gdy ujrzała coś, co sprawiło, że serce jej podskoczyło. Przed płotem odgradzającym posiadłość Tonksów stał wielki, czarny pies, który patrzył swoimi żółtymi ślepiami prosto na nią. On mnie widzi - pomyślała, czując jak po plecach przechodzą jej dreszcze. Pies szczeknął tak nagle, że omal nie przewróciła się na plecy. Gdy znowu spojrzała w okno, jego już nie było. Ana usiadła na łóżku, czując jak serce wali jej w piersi. Co to do cholery było? Zbiegła na dół, do salonu.

- Ciociu, wujku, czy któryś z naszych sąsiadów ma wielkiego, czarnego psa? - zapytała Ana.
- Wielkiego, czarnego psa? - powtórzył Ted. - Nie, dlaczego pytasz? - odpowiedział pytaniem.
- Widziałam takiego, stał pod waszym płotem, jak patrzyłam przez okno. Patrzył prosto na mnie, widział mnie. Szczeknął i prawie się przewróciłam na plecy. Gdy znowu spojrzałam za okno, jego już nie było. Był straszny - wyjaśniła Ana.

Ciotka i wuj wymienili się przestraszonymi spojrzeniami.

- Na pewno musiało ci się wydawać. Opis, który podajesz pasuje do ponuraka, omenu śmierci, ale ja uważam, że to bujda z tym, że każdy kto go zobaczy umrze w najbliższym czasie. Ludzie umierają ze strachu przed nim, nie dlatego, że to ponurak przynosi im śmierć. O ile on w ogóle istnieje. Nie masz się czego bać, Ana - powiedziała Andromeda. - I już ci chyba kiedyś mówiliśmy, że to także twój dom, a więc to jest nasz płot - dodała.
- Najlepiej zapomnij, że w ogóle widziałaś tego psa. Pewnie to był jakiś bezdomny przybłęda - poradził wuj.
- Dobrze - odparła Ana, choć wiedziała, że nie zapomni widoku tego psa. A jeśli legenda o ponuraku była prawdziwa, wbrew temu co twierdzi ciotka?

El i Amy przysłały odpowiedź następnego dnia. Obie poradziły Anie by nie wychodziła sama z domu i zachowała wszelką ostrożność. Gadają zupełnie jak ciocia i wujek. Jakby on miał czyhać tuż za rogiem - pomyślała Ana. Potrzebowała się przejść. Tak, świeże powietrze na pewno dobrze jej zrobi, a na dworze było zaskakująco ciepło jak na Anglię. Zbiegła na dół, lecz nie zdążyła dopaść do drzwi wyjściowych, gdy zatrzymali ją Andromeda i Ted.

- Ana, a ty dokąd się wybierasz? - zapytała ciotka.
- Na spacer - odpowiedziała beznamiętnie Ana.
- O nie, nigdzie nie pójdziesz. Nie w takiej sytuacji - powiedział stanowczo Ted.
- Czy wy serio myślicie, że mój ojciec stoi sobie za rogiem i tylko czeka, by mnie dopaść? - zdenerwowała się Black.
- Chyba nie zdajesz sobie sprawy z zagrożenia. To potwór, nie człowiek - odparła Andromeda.
- Świetnie, czyli jestem tu uwięziona do końca wakacji - prychnęła Ana.

Wróciła do swojego pokoju i padła na łóżko. Chwyciła album stojący na półce. Po raz pierwszy postanowiła przejrzeć go dokładnie. Otworzyła na chybił trafił i zobaczyła zdjęcie ślubne swoich rodziców. Matka w śnieżnobiałej sukni uśmiechała się promiennie. Ojciec w białej szacie wyglądał jakby był najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Czy już wtedy służył Voldemortowi? Ana przeniosła wzrok na świadków, stojących za Ally i Syriuszem. Kasztanowo-włosa kobieta o ciepłych, zielonych oczach i ładnej twarzy oraz mężczyzna w okularach, którego czarne włosy sterczały we wszystkie strony. Zaraz... Ana zamarła przyglądając się tej parze. On wyglądał zupełnie jak Harry, a ona miała takie same oczy.

- Co Potterowie robili na ich ślubie? - zapytała samą siebie Ana.

Spojrzała na sąsiednie zdjęcie i znowu przeżyła szok. Tym razem to rodzice Harry'ego stali z przodu, w ślubnych strojach, a za nimi jej rodzice jako świadkowie. Dalej znalazła zdjęcia, na których trzymali ją Lily albo James. A także takie, na których to jej matka albo ojciec trzymał małego Harry'ego. Co to do cholery ma znaczyć? Ciotka i wuj nigdy nie mówili, że jej rodzice znali Potterów, a z tych zdjęć wynikało, że musieli być z nimi blisko. Nadal trzymając album w rękach zbiegła do salonu.

- Czy moi rodzice znali się z Potterami? - zapytała prosto z mostu.

Andromeda i Ted spojrzeli po sobie.

- Nie, skąd ci to przyszło do głowy? - odpowiedziała pytaniem Dromeda, wymijającym tonem.
- Moglibyście już przestać kłamać - odparła Ana, pokazując im ślubne zdjęcie rodziców.
- No dobrze, twoi rodzice znali Potterów. Ally przyjaźniła się z Lily, ale poza tym nie była to żadna szczególna znajomość. Ot, dwie pary znajomych - przyznał Ted, unikając spojrzenia zarówno na zdjęcie, jak i na Anę.
- "Ot, dwie pary znajomych"? - powtórzyła nieźle zirytowana dziewczynka. - Oni byli świadkami na ślubie moich rodziców i vice versa!
- Tak, byli, ale... rozumiesz, wtedy były ciężkie czasy, wojna, nikt nie mógł być pewny jutra. Jak ktoś chciał wziąć ślub, to nie mógł wybrzydzać w wyborze świadków, bo i mało było takich, którzy by się zgodzili, nie chcąc się narażać. Akurat twoi rodzice należeli do tego typu ludzi, których Voldemort mógłby uznać za zagrożenie - wyjaśniła Andromeda, również unikając patrzenia na zdjęcie i dziewczynkę.
- Mój ojciec to chyba nie bardzo mu zagraża, raczej  powinien się cieszyć, że jego sługa zwiał z więzienia - zauważyła Ana.
- No... pewnie tak - odparł wuj.

Ana wróciła do swojego pokoju. Nie była głupia, ciotka i wuj znowu coś przed nią ukrywali. Dwie pary znajomych, akurat.

***
- Dromedo, właściwie to dlaczego nie możemy jej powiedzieć? Ma prawo wiedzieć - powiedział Ted.
- Też tak uważam, ale ministerstwo nie chce by Harry się o tym dowiedział. Jeśli powiemy Anie, on na pewno się dowie - odparła Andromeda.
- To totalne głupstwo, chłopak i tak się kiedyś dowie, a chyba lepiej, żeby dowiedzieli się tego otwarcie. Słyszałem, że w Hogwarcie zaostrzyli środki ostrożności, głównie przez wzgląd na Pottera. Już mu współczuję, będzie otoczony szczególną ochroną, nawet nie wiedząc dlaczego - zauważył mężczyzna, drapiąc się po brzuchu.
- Mnie tego nie musisz mówić, Ted. Sam wiesz jaki jest Knot. Wierzę jednak, że Dumbledore albo ktoś inny nie posłucha ministra i powie Harry'emu w jakim znajduje się zagrożeniu - stwierdziła jego żona. - Dobre chociaż tyle, że zwiał Syriusz, a nie moja kochana siostra - dodała z satysfakcją w głosie.
- Brr... nawet mi o niej nie wspominaj. Aż ciarki przechodzą jak się pomyśli o Bellatriks - odparł, wzdrygając się Ted.

W tym momencie otworzyły się drzwi i weszła Dora, o dziwo nie była cała umorusana jak zwykle.

- Nie byłaś dziś na kursie? - zapytała zdziwiona Andromeda. Jej córka zawsze wracając z ministerstwa błociła dywan, mimo że zawsze mówiła jej, żeby nie wchodziła na niego w brudnych butach.
- Byłam, dzisiaj zrobili nam pogadankę o tym co mamy zrobić, gdy spotkamy Syriusza Blacka. Nudy - odpowiedziała Dora i wymownie ziewnęła.
- Moja droga damo, jeśli poważnie myślisz o byciu aurorem, nie powinnaś mieć takiego stosunku do faktu, że z więzienia uciekł niebezpieczny morderca - powiedział ostro Ted.
- Wiem, wiem, ale wszyscy w ministerstwie zachowują się, jakby Black miał urządzić wielką rzeź. Nikt przecież nie ucieka z Azkabanu po tylu latach tylko po to, żeby mordować wszystkich jak leci - odparła Dora. - Nie rozumiem tej całej afery.
- Ten człowiek uciekł z najpilniej strzeżonego więzienia czarodziejów, a ty mówisz o nim, jakby to był kieszonkowiec! - zdenerwowała się Andromeda.
- Azkaban jest najpilniej strzeżonym więzieniem czarodziejów, bo jest jedynym więzieniem czarodziejów. Skoro Black już raz przechytrzył dementorów, to może zrobić to i drugi raz. Tymi zabezpieczeniami Hogwartu tylko przysporzą dzieciakom niepotrzebnego stresu - powiedziała Dora ze znudzonym wyrazem twarzy.
- Nimfadoro, chyba zapomniałaś kto będzie w Hogwarcie. No i Ana... - zaczął Ted, ale córka mu przerwała:
- No właśnie, wszyscy pewnie będą współczuć Harry'emu Potterowi, a on nie będzie wiedział dlaczego. Ja w sumie też nie wiem... A co do Any... to przecież chyba nie będzie dla nikogo nowość, że ten Black jest jej ojcem, nie? No w każdym razie, raczej nikt nie jest taki głupi, żeby uznać, że ich nazwiska to tylko zwykła zbieżność.
- Ty chyba naprawdę nie zdajesz sobie sprawy z zagrożenia. Jak ja sobie przypomnę, że zostawiałam cię samą z Blackiem, gdy byłaś mała, to aż mnie ciarki przechodzą - powiedziała, wzdrygając się Andromeda.
- Spokojnie, Dromedo, nie mogłaś przewidzieć czym on się stanie - odparł Ted, klepiąc ją po ramieniu.

***
Ana gapiła się w okno, dokładnie tam, gdzie widziała wielkiego, czarnego psa. Kim dla jej rodziców byli Potterowie? Na pewno nie uwierzy, że tylko znajomymi. Tylko dlaczego nie chcieli jej powiedzieć? Zdecydowanie potrzebowała się przejść i nikt jej przed tym nie powstrzyma, choćby z Azkabanu uciekło stu więźniów. Ubrała bluzę, bo był już chłodny wieczór i włożyła różdżkę do rękawa. Wymknięcie się z domu okazało się dziecinnie proste, bo Andromeda i Ted byli tak zajęci rozmową z Dorą, że nawet nie zauważyli Any przemykającej w przedpokoju. Black wyszła na zewnątrz i odetchnęła chłodnym powietrzem. Było zimniej niż sądziła, ale nie chciała ryzykować powrotu po dodatkowe okrycie. Wychodząc z posesji Tonksów zerknęła na miejsce, w którym stał pies. Jeśli były tam odciski psich łap, to wiatr musiał je zakryć rozwiewając żwir. Ana nie wiedziała dokąd idzie, po prostu szła przed siebie. W sumie to nawet chciała spotkać ojca. Żeby dowiedzieć się dlaczego ją zostawił, czemu nie wrócił tak jak obiecał. Dlaczego stał się mordercą. I kim byli dla niego i jej matki Potterowie. Ana rozmyślając nawet nie zauważyła, kiedy doszła do rozwidlenia ścieżki. A na nim stał wielki, czarny pies. Skierował swoje żółte ślepia prosto na nią. Poczuła jak po plecach przechodzi ją dreszcz, zacisnęła rękę na różdżce. Pies wyglądał na mocno zaniedbanego. Jego czarna sierść była zmatowiała, brudna i zdecydowanie wymagała czesania. Nie miał obroży, co Any nie zdziwiło, bo kto by chciał takiego psa, który mrozi krew w żyłach samym widokiem? Jednak miała pewność, że gdyby nie futro, zobaczyłaby wystające żebra. Może trzeba mu pomóc? Nakarmić czy coś?

- Piesku, jesteś głodny? - zapytała, robiąc ostrożnie krok do przodu. 

Pies nie drgnął, ale przechylił łeb w bok. Może nie jest taki groźny, na jakiego wygląda? Jakby go nakarmić, umyć i wyczesać pewnie wyglądałby całkiem normalnie. Tylko trzeba zdobyć jego zaufanie... Może nawet ciotka i wuj pozwolą mi go zatrzymać? Fajnie byłoby mieć psa... Mugolskie dzieciaki z sąsiedztwa mają tyle frajdy ze swoimi czworonogami... Byłoby fajnie, gdybym mogła zabrać go do Hogwartu, choć chyba jest na to trochę za duży - myślała Ana.

- Chodź, piesiu... wezmę cię do domu, dam ci jeść - powiedziała Ana ostrożnie podchodząc do psa z wyciągniętą ręką. Drugą na wszelki wypadek nadal zaciskała na różdżce.

Z sercem walącym jej w piersi położyła dłoń na jego przechylonym łbie. O dziwo dał się pogłaskać. Ana gładząc go po grzbiecie wyczuła kręgosłup, a więc miała rację, że trzeba go nakarmić.

- To co? Idziesz ze mną, piesku? - zapytała Ana, kucając przed zwierzęciem i nadal głaszcząc go po wychudłym grzbiecie.

Pies wyprostował głowę i zaczął węszyć w powietrzu, jednocześnie nadstawiając uszu. Nagle zesztywniał i się najeżył. Zaczął warczeć na Anę. Dziewczynka nie mając pojęcia skąd ta nagła zmiana wstała i cofnęła się. Wysunęła końcówkę różdżki, gotowa do obrony w razie potrzeby.

- Chciałam ci tylko pomóc - powiedziała z lekką pretensją w głosie. Na pewno nikt inny nie byłby tak miły dla tego psa.

Lecz pies nadal groźnie szczerzył kły i zaczął szczekać, a był to mrożący krew w żyłach dźwięk. Zaczął iść w kierunku Any, więc uznała, że trzeba uciekać. Pies wciąż szczekając przyśpieszył do biegu, więc i ona musiała biec... Biegła czując, że za chwilę wypluje sobie płuca, jeśli wcześniej nie zamarzną jej z tego zimna, a zrobiło się jeszcze zimniej niż było, gdy wyszła z domu wujostwa. Dopadła do furtki Tonksów i szybko wbiegła na posiadłość i zamknęła bramę. Zdała sobie sprawę, że pies zatrzymał się przed płotem, który mógł przecież z łatwością przeskoczyć. Ana pomyślała, że może warto spróbować jeszcze raz? Pies szczeknął groźnie, co ostatecznie odwiodło ją od tego pomysłu. Odetchnęła z ulgą dopiero wtedy, gdy znalazła się w domu. Oparła się o drzwi, by uspokoić oddech. Chwilę później odchyliła je lekko, żeby zobaczyć, czy pies nadal stał przed furtką, ale jego już nie było. Ana wróciła do swojego pokoju zła na samą siebie. Co ją podkusiło, żeby chcieć przygarnąć tę bestię? Ciotka i wuj chyba mieli rację, że nie powinna wychodzić z domu. Tylko że wyglądało na to, że bardziej powinna obawiać się tego psa niż ojca. Nadal nie miała pojęcia skąd się wziął, ale jedno było pewne. Nie był to żaden ponurak, skoro mogła go dotknąć. Padła na łóżko. Pomyślała, że ma szczęście iż ciotka i wuj nie zauważyli jej wyjścia. Nawet się nie spostrzegła, gdy zasnęła w ubraniu, wciąż z różdżką w rękawie bluzy.

poniedziałek, 13 października 2014

Rozdział IV: Pierwszy dzień szkoły

Ana obudziła się wcześnie rano. El, Amy, Hermiona, Parvati i Lavender jeszcze spały. Po cichu ubrała się, wzięła kawałek pergaminu, pióro, kałamarz i zeszła do pustego Pokoju Wspólnego. Usiadła przy jednym ze stolików i zaczęła pisać list do ciotki i wuja. Nie bardzo wiedziała co napisać. Jak zapytać dlaczego nie powiedzieli jej prawdy o jej ojcu? Minęło dziesięć minut, zanim w końcu napisała list. Dla pewności przeczytała go kilka razy.

Kochani ciociu i wujku,
       Hogwart jest tak wspaniały, jak opowiadała Dora. Zostałam przydzielona do Gryffindoru. Tiara Przydziału powiedziała, że Slytherin to ostatni Dom, do jakiego mogłabym trafić! Mieliście rację, niepotrzebnie się bałam. W pociągu poznałam nowe przyjaciółki, Elisabeth Colen i Amelię Tagworth. Też trafiły do Gryffindoru. Chcę Was o coś zapytać, i, błagam, nie zbywajcie mnie tak jak zwykle. Mówiliście, że mój ojciec zginął. Amy powiedziała mi, że odsiaduje wyrok dożywocia w Azkabanie, że jest seryjnym mordercą. Dlaczego kłamaliście? Przez całe życie wierzyłam, że był bohaterem, a on jest zwykłym mordercą. W dodatku niektórzy zdają się myśleć, że pójdę w jego ślady. Dopiero El i Amy nie wyprosiły mnie z przydziału. To dlatego unikaliście tematu taty, prawda? Wiedzieliście kim jest i mimo to pozwoliliście mi żyć w kłamstwie? Liczę na szybką odpowiedź.
Całuję,
Ana
Ps. Pozdrówcie ode mnie Dorę.

Ana włożyła list do koperty i wyszła z Wieży Gryffindoru. Nagle stanęła przy schodach wiodących na niższe piętro. Przecież była tu dopiero od wczoraj. Nie miała pojęcia, gdzie jest sowiarnia. Próbowała przypomnieć sobie czy Tonks nie mówiła jej czasem, gdzie się znajduje sowiarnia w Hogwarcie, ale nic jej nie przychodziło do głowy. Zrezygnowana dziewczynka miała już wrócić do dormitorium, gdy zza rogu wyłoniła się profesor McGonagall.
- Pani profesor! - zawołała Ana, zbiegając ze schodów, by stanąć z nauczycielką twarzą w twarz.
- To dość wczesna pora, panno Black - zauważyła McGonagall. - Zawsze tak wcześnie wstajesz? - zapytała.
- Nie, ja chcę tylko wysłać list do ciotki i wuja, tylko że... nie wiem gdzie jest sowiarnia - odpowiedziała Ana.
- O szóstej rano? Nie możesz wysłać tego listu później? - spytała McGonagall unosząc jedną brew.
- Mogłabym, ale to dla mnie bardzo ważne. Proszę, niech pani mi powie, gdzie jest sowiarnia - odparła Ana, niemal błagalnym tonem.
- Sowiarnia znajduje w Wieży Zachodniej - powiedziała nauczycielka. Ana odniosła wrażenie, że przez moment uśmiechnęła się do niej.
- Dziękuję, pani profesor - powiedziała Ana i wspięła się z powrotem na siódme piętro, by udać się do Wieży Zachodniej.
W sowiarni z łatwością odnalazła swoją sowę. Były tu tylko dwie śnieżne sowy, druga z tego, co wiedziała, należała do Harry'ego i miała na imę Hedwiga. Od Śnieżka łatwo było ją odróżnić, bo była nieco większa i miała więcej brązowych plamek, jak to samica.
- Śnieżku - powiedziała Ana. Sowa, niezadowolona że ją obudzono tak wcześnie, sfrunęła na jej ramię. - Mam dla ciebie zadanie. Zanieś ten list ciotce i wujkowi, dobrze? - zapytała dziewczyna.
Śnieżek pozwolił przywiązać sobie list do nóżki, wzleciał w powietrze, uszczypnął Anę w ucho i wyfrunął przez okno. Gryfonka obserwowała odlatującą sowę, dopóki nie zniknęła jej z oczu. Ana wróciła do Wieży Gryffindoru i usiadła w jednym z foteli, z zamiarem poczekania, aż El i Amy się obudzą. Nie chciała wracać do łóżka, bo wiedziała, że i tak już nie zaśnie. Godzinę później z dormitoriów zaczęli wychodzić Gryfoni.
- Ty już na nogach? - zdziwiła się El, widząc Anę, która właśnie podniosła się z fotela.
- Tak, byłam wysłać list do ciotki i wuja - odpowiedziała Ana.
El wymieniła porozumiewawcze spojrzenie z Amy. Obie domyśliły się, czego, a raczej kogo, dotyczył ten list.
- Chodźmy na śniadanie - powiedziała Mel, rozładowując niezręczną ciszę.
Dziewczynki zeszły razem do Wielkiej Sali. Stoły, choć nie tak suto jak na Uczcie Powitalnej, były zastawione najróżniejszymi potrawami. Ana nałożyła sobie tosty z dżemem. Nie była głodna. Jej myśli ciągle krążyły wokół listu. Czy ciotka i wuj w końcu powiedzą prawdę? Czy wreszcie będą z nią szczerzy? Nagle do Wielkiej Sali wleciała chmara sów. Ana nie spodziewała się, że Śnieżek już wrócił z listem. Ku swojemu zdziwieniu zobaczyła brązową płomykówkę. Kleopatra, która była równie niezdarna jak jej właścicielka, lądując strąciła dzban z sokiem dyniowym. Ana szybko odwiązała list od jej nóżki, żeby nie ubrudził się wylanym sokiem. Treść była krótka.

Kochana Ano,
     Gratuluję przydziału do Gryffindoru! Aberforth powiedział moim rodzicom, że tam trafiłaś. Pewnie dowiedział się od Dumbledore'a. Zdałam egzamin wstępny! Omal nie oblałam, ale jednak się udało i mogę szkolić się na aurora! Nie uwierzysz kto mnie będzie szkolił! Sam Alastor "Szalonooki" Moody! Jest co prawda troszkę zbzikowany, ale czuję, że dużo się od niego nauczę. Myślę, że mnie lubi.
Całuję,
Tonks 

- Szkoli ją sam Moody? - zapytała Amy, gdy Ana pokazała jej list. Sama otrzymała list od swoich rodziców. - Szczęściara.
- No nie wiem czy taka szczęściara. Radziłabym jej nie robić gwałtownych ruchów przy Szalonookim - powiedziała Ana.
- Kim jest ten Szalonooki? - zapytała El, odkładając list od swoich rodziców.
Dziewczynki opowiedziały jej o Moodym. Ana na drugiej stronie listu od Tonks napisała odpowiedź:

Kochana Tonks,
    To wspaniale, że ci się udało. Z Szalonookim na pewno nie będziesz mieć łatwo, ale też może zrobić z ciebie świetnego aurora.
Pozdrawiam,
Ana
Ps. Wysłałam do ciotki i wuja list. Mogłabyś przypilnować, żeby przysłali odpowiedź? Bardzo mi na tym zależy.

Ana włożyłal list z powrotem do koperty i przywiązała go do nóżki Kleopatry. Sowa wzleciała w powietrze strącając półmisek z sosem. Gryfonka prawdopodobnie nie zorientowałaby się, że dostała jeszcze jeden list, gdyby mała sówka nie zahukała. Od razu ją rozpoznała, choć pierwszy raz przyniosła jej list. Mały brązowy puszczyk, którego pióra zawsze sterczały na wszystkie strony, nawet jeśli na dworze nie było wiatru, patrzyła na nią wielkimi oczami, wystawiając w jej stronę nóżkę. Matołek*, sowa Aberfortha. Ana zdziwiona odwiązała list od nóżki ptaka. Nigdy wcześniej nie dostała listu od swojego pradziadka. Prawdę mówiąc, miała wrażenie, że niezbyt lubił jej wizyty u niego. Mocno by skłamała, gdyby powiedziała, że lubiła przebywać w dusznym pokoju Aberfortha, tuż nad obskurnym Świńskim Łbem. Niemniej jednak oschłe zachowanie mężczyzny wobec niej było dość bolesne, choć ciotka i wuj mówili, że on taki już jest.

Droga Ano,
    Na początek chciałbym Ci pogratulować przydzielenia do Gryffindoru. Chcę Ci tylko powiedzieć, żebyś, cokolwiek usłyszysz o twoim ojcu, nie przejmowała się tym. Najlepiej byłoby, żebyś o nim zapomniała. I tak nigdy go nie zobaczysz. Szkoda, że nie jesteś tak bardzo podobna do swojej matki, jak mogłoby się wydawać.
Aberforth

A więc to dlatego Aberforh był wobec niej oschły, nigdy tak naprawdę nie traktował jej jak prawnuczkę. Przez to, że nie była tak bardzo podobna do matki, jakby on chciał. Zawsze czuła, że jej jedyną rodziną byli Tonksowie, a teraz tylko się w tym utwierdziła. Abeforth nawet list podpisał swoim imieniem, zamiast "pradziadek". Ana odniosła wrażenie, że użyty przez niego zwrot grzecznościowy to jakaś kpina. Czy ona była dla niego kiedykolwiek "droga"? Wzrok dziewczynki skupił się na dwóch zdaniach listu. "Najlepiej żebyś o nim zapomniała. I tak nigdy go nie zobaczysz." Łatwo powiedzieć - pomyślała Ana. Syriusz Black nadal był jej ojcem. Nie mogła tak po prostu o nim zapomnieć... i chyba nawet nie chciała. To było dziwne, patrząc na to czego się o nim dowiedziała, ale nadal za nim tęskniła... chyba nawet trochę bardziej niż przedtem. Przecież nie mogła ot tak przestać go kochać, nawet jeśli on jej nie kochał. Aberforth prawdopodobnie miał rację, że nigdy go nie zobaczy, ale jednak zrobiło jej się przykro. Pomyślała, że w głębi duszy nadal wierzyła w swoje wyobrażenie ojca-bohatera, które pielęgnowała przez tyle lat. a niedawno zostało przekreślone. Ponownie wzięła do ręki pióro i napisała odpowiedź na odwrocie listu.

Aberforcie,
    Jak według Ciebie miałabym się nie przejmować wieścią, że mój ojciec jest mordercą... że to on mógłby pójść ze mną na Pokątną, odprowadzić mnie na pociąg...Po prostu być przy mnie, gdyby nie był tym, kim jest? W efekcie moją jedyną rodziną są Tonksowie. Ty sam nigdy nie byłeś dla mnie jak pradziadek... Teraz przynajmniej wiem dlaczego.
Ana

Przywiązała list do nóżki Matołka i sowa wzleciała w powietrze strącając przy okazji parę kiełbasek. Ana, El i Amy udały się na lekcje. Pierwsze były dwie godziny eliksirów. Ledwie zdążyły zejść do lochów, na drodze stanął im Malfoy ze swoimi gorylami.
- Czego chcesz, Malfoy? - zapytała chłodno Eli.
- Nie odzywaj się do mnie, ty nędzna szlamo - warknął Malfoy.
- Odszczekaj to! - Ana i Mel wycelowały w niego różdżki.
- Black, Tagworth! Lekcja się nie zaczęła, a wy już wdajecie się w bójkę? - Za plecami usłyszały chłodny głos Snape'a. Dziewczynki opuściły różdżki.
- Wcale nie wdałyśmy się w bójkę, panie profesorze - powiedziała Amy.
- A różdżki w pana Malfoya wycelowałyście dla zabawy, co? - zakpił Snape.
- Nazwał Elisabeth szlamą - odpowiedziała Ana, ledwo panując nad nerwami.
- Czyli panna Colen go sprowokowała? Minus punkt dla Gryffindoru. Od każdej. I cieszcie się, że tylko tyle - powiedział jadowicie Snape.
Malfoy i goryle uśmiechnęli się złośliwie. Ana i Amy schowały różdżki i razem z innymi weszły do klasy. Black już znalazła dwóch kandydatów... a właściwie trzech wliczając Crabbe'a i Goyle'a... na przetestowania klątw z książki od Tonks. Pokrzepiona tą myślą zajęła ławkę z Eli i Mel.
- Jesteście tu po to, żeby nauczyć się szlachetnej sztuki warzenia eliksirów - zaczął Snape powiewając czarną szatą, niczym wielki nietoperz. - Nie oczekuję, że docenicie piękno parującego kociołka. Wielu z was może się wydawać, że to nie jest magia, skoro nie ma bezmyślnego machania różdżkami, ale jeśli macie choć trochę oleju w głowie, nauczę was jak uwarzyć chwałę, bogactwo, a nawet usidlić śmierć. - W tym momencie spojrzał prosto w oczy Any. Dziewczynkę przeszył dreszcz. - Musicie jednak pamiętać, że eliksiry potrafią być zdradzieckie. - Snape znowu spojrzał w oczy Black. - Jeden błąd może kosztować was życie, dlatego mam nadzieję, że nie jesteście baranami, których zwykle muszę nauczać!
W klasie panowała taka cisza, że można było usłyszeć najcichszy szmer. Jedynie Hermiona poruszyła się na krześle, jakby chciała dać Snape'owi do zrozumienia, że nie jest baranem. Mistrz Eliksirów skupił swoją uwagę na Harrym.
- Harry Potter... nasza nowa znakomitość - powiedział wyraźnie słyszalnym szeptem Snape. Malfoy, Crabbe i Goyle zachichotali.
Nauczyciel zadał chłopcu trzy pytania, na które oczywiście nie umiał odpowiedzieć, co kosztowało Gryffindor kolejny punkt.
- Siadaj! - warknął Snape na Hermionę, która wstała z ręką uniesioną w górę, chcąc zwrócić na siebie jego uwagę. - Dlaczego nie notujecie? - zapytał nauczyciel, rozglądając się po klasie.
Rozległo się szuranie krzeseł i po chwili dało się słyszeć skrobanie piór na pergaminach. Gdy Ana podniosła głowę, zobaczyła, że tuż przed nią stał Snape, przeszywając ją chłodnym spojrzeniem czarnych oczu.
- Ana Black... połączenie krwi ciotecznej wnuczki samego Albusa Dumbledore'a z krwią mordercy, który w szkole był miernym uczniem i totalnym głupkiem - szepnął Snape, ale wszyscy wyraźnie to usłyszeli.
Ana zacisnęła pięść pod stołem. Nie wiedząc czemu była wściekła na Snape'a za obrażanie jej ojca.
- Ciotka i wuj mówili, że miał dobre oceny, chociaż nie był najpilniejszym uczniem - powiedziała chłodno.
- No tak, razem z Jamesem Potterem byli pupilkami nauczycieli. Wszyscy zawsze im nadskakiwali. Małe, nędzne... - Snape najwyraźniej miał satysfakcję.
- Zamknij się! - krzyknęli jednocześnie Harry i Ana.
- Gryffindor traci kolejne punkty - powiedział Snape z satysfakcją w głosie. - I cieszcie się, że tylko dwa, po jednym za każdego.
- Czemu nosi pan sutannę? - zapytała Ana. - Gdzie koloratka, proszę księdza?
Snape poczerwieniał ze złości, a Gryfoni ryknęli śmiechem.
- Szlaban. U mnie w gabinecie dziś wieczorem o ósmej. Na razie tylko jeden dzień, ale jak to się powtórzy, Black, będziesz mieć szlaban codziennie przez miesiąc! - powiedział Snape. - CISZA! - ryknął na klasę.
Ana uśmiechnęła się pod nosem. O to właśnie jej chodziło. Na drugiej lekcji warzyli wywar leczący z czyrakobulw. Nawet kolejny niesprawiedliwie odjęty Harry'emu punkt, nie zepsuł jej humoru. Snape ją popamięta.
***
- Oszalałaś? Po co go sprowokowałaś? - zapytała Amy, gdy szły na transmutację.
- Powiem wam wieczorem - odpowiedziała Ana z tajemniczym uśmieszkiem.
- Mam nadzieję, że nie zrobisz znowu jakiegoś głupstwa - powiedziała El.
Po transmutacji Ana miała jeszcze lepszy humor, bo Hermionie udało się odrobić punkty stracone przez nią, Amy, El i Harry'ego u Snape'a, i to z nawiązką, ponieważ McGonagall dała jej 10 punktów. Lekcje minęły zaskakująco szybko, nawet nudna historia magii, na której wszyscy, prócz Hermiony, zasnęli. Wieczorem, gdy wszyscy odpoczywali lub odrabiali zadania domowe w Pokoju Wspólnym, Ana, Mel i Eli udały się do dormitorium. Black pokazała przyjaciółkom książkę, którą dostała od Tonks.
- Chcę wypróbować jedną z tych klątw na Snape'ie - powiedziała Ana.
- A jeśli się zorientuje, że to twoja sprawka? - zapytała Amy.
- Wybiorę taką, żeby się nie zorientował  - odpowiedziała Ana. - Pomóżcie mi szukać.
Otworzyła księgę i wszystkie trzy zaczęły czytać. Było tego mnóstwo, na nagły porost rzęs, zmiana koloru włosów na różowy, żabi rechot zamiast głosu, kicanie jak królik, ciągłe bekanie bądź pierdzenie, a nawet zaklęcie powodujące ogromną sraczkę.
- Mam! - zawołała El. - Klątwa Kobiecego Ciała. Snape będzie wyglądał jak baba! Efekt widać po godzinie od rzucenia zaklęcia, więc nie będzie wiedział, że to ty!
- Mutatio in Mulier. - Ana odczytała formułkę. - Myślisz, że powinnam to najpierw przetestować? - zapytała.
- A na kim chcesz to testować? - odpowiedziała pytaniem Amy.
- No właśnie, za kwadrans musisz iść do Snape'a - dodała El.
Piętnaście minut przed ósmą Ana stwierdziła, że już pójdzie, żeby się nie spóźnić. Upewniła się, że ma różdżkę w kieszeni i przeszła przez dziurę za portretem Grubej Damy. Punktualnie o ósmej zapukała do gabinetu Snape'a. Odpowiedziało jej krótkie Wejść! Gdy tylko weszła do środka uderzył ją niezbyt przyjemny zapach.
- Dziś będziesz oddzielać żabi skrzek od skrzeku ropuchy. Ręcznie. Bez rękawic i bez magii. Skrzeki żaby to te ułożone w kłębie, a ropuchy te cienkie i podłużne. Tu masz słoiki. Za godzinę chcę je widzieć wypełnione co najmniej do połowy. Czy to jasne, Black? - zapytał Snape z mściwą satysfakcją.
- Tak jest, panie profesorze - odparła Ana, pokrzepiona myślą, że zrobi Snape'owi dowcip.
Przez pierwsze pół godziny pracowała w milczeniu. Snape ze złośliwym uśmiechem  patrzył jej na ręce. Nie obyło się bez złośliwych komentarzy. Delikatniej, to nie twój mózg, żeby robić z tego bezużyteczną galaretę! Szybciej, bo zaraz będziemy mieli tu kijanki! Ana starała się je ignorować, ale gdy Snape powiedział Pohamuj swoje mordercze zapędy, Black, nie ściskaj ich! zgniotła żabi skrzek w ręce, wyobrażając sobie, że gniecie głowę Snape'a. Był jeszcze gorszy niż opowiadała Tonks. Po godzinie Snape w końcu pozwolił jej skończyć. Gdy odwrócił się do niej plecami, żeby odłożyć słoiki z oddzielonymi skrzekami na półkę, Ana wycelowała różdżkę w jego plecy i szepnęła:
- Mutatio in Mulier!
Snape nawet tego nie poczuł.
- Znikaj, Black, zanim postanowię jeszcze trochę cię pognębić - powiedział Snape.
Masz na to siedem lat - pomyślała Ana. - I ja też. Dziewczynka nie udała się od razu do Wieży Gryffindoru, tylko do toalety, żeby umyć ręce lepkie od skrzeku.
- I co? Rzuciłaś na niego to zaklęcie? - zapytała Eli. Ona i Amy czekały na Anę w Pokoju Wspólnym.
- Jasne - odpowiedziała z uśmiechem Ana. - Jutro rano przekonamy się czy zadziałało - dodała.
- A co właściwie kazał ci robić? - spytała Mel.
- Oddzielać żabi skrzek od ropuszego. Ręcznie, bez magii i bez rękawiczek. Blee...
Nazajutrz rano Ana, Eli i Amy udały się do Wielkiej Sali, czując że zżera je ciekawość. Zobaczyły, że uczniowie pokazywali sobie Snape'a palcami, chichocząc między sobą. McGonagall, która siedziała obok Snape'a, poczerwieniała. Inni nauczyciele zerkali ukradkiem na mistrza eliksirów, a Dumbledore wyglądał na rozbawionego. Sam Snape siedział skulony, próbując ukryć... obfity biust. Nawet w swojej czarnej szacie nie zdołał ukryć kobiecych kształtów. Również jego twarz i dłonie były kobiece, a włosy urosły mu do połowy pleców. Ana, Eli i Mel usiadły przy stole Gryffindoru próbując powstrzymać się od ryknięcia śmiechem.
*Aberforth lubi kozy, więc nazwałam jego sowę po Koziołku Matołku. :-P